poniedziałek, 2 czerwca 2014

The Huge Black Hole.

Tytuł: The Huge Black Hole
Zespół: EXO
Długość: Chaptered
Rodzaj: AU, Obyczaj, Psychologiczne, Romans, Dramat, Yaoi

Rozdział 1.




   Północna California była za dnia ostatnio skąpana nieustannie w słońcu. Większość albo spędzała dni nad basenem, jechała nad ocean, albo siedziała w domu unikając niemiłosiernie piekących promieni słońca. Skwar smażył ludzi na ulicy, jakby ktoś nas wszystkich pozostawił na grzejącej się na gazie patelni, z której nie było wyjścia. Ja jednak zdecydowanie wolałem spędzać czas poza miejscem zamieszkania, poza domem, zapominając, że takowy w ogóle istnieje. To żałosne podejście, ale będąc na moim miejscu… Bądźmy szczerzy. Kto chciałby przebywać w takim miejscu? Burdel, w którym nic nie funkcjonuje, bo wszystko jest dozwolone, gdzie nie ma ani zasad, ani wykroczeń. Nie jest to w żadnym stopniu normalny, rodzinny dom. Rodzice są w konflikcie od długiego czasu. Matka straciła pracę rok temu, załamała się i stoczyła. Znalazła sobie upodobanie w innego typu pracy. Tak naprawdę, nie rozumiem ojca i tego, że niczego nie robi w kierunku zmiany tej sytuacji. To wygląda tak, jakby nie robił sobie nic z tego, że podczas jego nocnych zmian matka przyprowadza klientelę do domu. Tutaj nie można chodzić, oddychać… żyć. Wszystko jest takie psychopatyczne i niemoralne. Kiedy ich nie ma, jest nawet znośnie. W miarę cicho, spokojnie, bez awantur, które rodzą się, gdy tylko ojciec wraca do domu, a matka wciąż w nim jest. Dopóki się nie widzą, to nie ma tragedii. Tak naprawdę, zupełnie szczerze… W tym domu panuje całkowity bezwład i entropia. Czasami mam wrażenie, że tylko ja jestem tutaj normalny i dorosły na tyle, aby prowadzić samodzielne życie. Reszta członków mojej rodziny powinna poddać się terapii.
Jeśli chodzi o mnie… Naprawdę się staram. Skończyłem liceum, wszystko zaliczyłem z… cóż, moje wyniki nie były najgorsze. Jestem z nich zadowolony. Chciałem dostać się na uniwersytet rok temu, ale nie było nas stać… Więc w ciągu minionego roku wziąłem się w garść i poszukałem dla siebie pracy. Pracuję w sierocińcu, przychodzę tam trzy dni w tygodniu. W poniedziałek, środę i w piątek. Uczę dzieci tańczyć i podstaw języka chińskiego, choć czasem robię za opiekuna, czy po prostu bawię się z nimi. Na te drugie lekcje nie przychodzi zbyt wielu, ale zawsze coś. Ale przede wszystkim są z tego pieniądze, a praca z tymi dzieciakami jest naprawdę przyjemną odskocznią od tego całego syfu. Jak dobrze pójdzie, to od następnego semestru będę mógł zapisać się na wymarzone studia.
Chciałbym być psychologiem. Zawód ten wydaje się być dla mnie, w moich oczach, zawodem jak najbardziej mi odpowiadającym. Owszem, kocham tańczyć i zawsze będzie to częścią mojego życia. Jednak nie uda mi się z tego wyżyć, czy wykarmić potencjalnej rodziny, którą być może założę. Kiedyś. Na razie daleko mi do tego, mam dość problemów ze swoją aktualną, umowną, rodziną.

Czasami, w taki dzień jak dziś miewam przebłyski pomysłów na to co zrobić, aby polepszyć naszą sytuację wewnętrzną. Jednak po głębszych przemyśleniach i analizach każdej części kolejnego, nowego i wydającego się być genialnym wyjściem ewakuacyjnym planu, dochodziłem do wniosku, że jest to nie wykonalne. Zastanawiałem się wtedy jak mogłem nawet wziąć coś tak idiotycznego pod uwagę.
Siedziałem właśnie w autobusie i zmierzałem w stronę sierocińca, czekały mnie dwie godziny spędzone w salce prób z grupką przemiłych dzieciaków, które na mój widok uśmiechały się szeroko odsłaniając rządki wciąż wypadających zębów mlecznych. Obserwowałem przez szybę idących ulicami ludzi i analizowałem w głowie ich życie publiczne. Po co się spieszą? Po co im wszystko, czego tylko chcą? Na co im góra pieniędzy? Co im to da? Czy za pięć lat będzie to miało w ogóle znaczenie? Albo co im da nieustanna gonitwa z czasem i praca, która tak naprawdę odciąga ich tylko od kochających i tęskniących za rodzicami dzieci, które nieustannie przesiadują na parapecie okna wyglądając samochodu mamy, czy taty w nadziei, że tym razem nie zjedzą kolacji z nianią.
Autobus zatrzymał się, a ja wysiadłem na końcu dzielnicy i spokojnym krokiem zmierzałem w stronę parku, w którym znajdował się stary pałacyk, który po remoncie został podarowany tutejszemu sierocińcowi. Osobiście uważam, że to jeden z mądrzejszych ruchów naszych władz. Zrobili choć raz coś pożytecznego, aczkolwiek… Czasami zastanawiam się nad tym, czy oni mieli w tym jakiś swój interes, czy może naprawdę zrobili to bezinteresownie? Tego się na razie nie dowiem, nie dociekam.
Zatrzymałem się przed bramą, za którą było widać już parkową alejkę prowadzącą do celu. Wszedłem do środka i zamknąłem za sobą lekko skrzypiącą, zardzewiałą bramę. Po przejściu zaledwie kilku kroków moich uszu dobiegły nawoływania i radosne krzyki dobiegające od strony sierocińca.
„Jongin oppa! Hyung !” – ich dźwięczne, piskliwe okrzyki odbiły się w mojej głowie echem i utkwiły w niej na dłużej. Dostrzegłem grupkę dzieciaków z młodszej grupy wiekowej, którym opiekowałem się, gdy noona nie była w stanie tego robić. Laura była uprzejmą i naprawdę wspaniałą osobą. Kochała te dzieciaki jak swoje i była jedną z wychowawczyń grupy. Pracowała tutaj i była córką właściciela. Miała około dwudziestu ośmiu lat i miała bardzo sympatycznego męża. Niestety sami nie mogli mieć dzieci, dlatego Laura postanowiła poświęcić się tym dzieciakom. Uważam, że genialnie się spełnia w tej roli, a dzieci ją uwielbiają. Sam też ją lubię, zawsze mogę z nią swobodnie porozmawiać. Jest dla mnie jak starsza siostra i zawsze mnie wspiera.
Przykucnąłem na środku ścieżki, postawiłem torbę obok siebie i wyciągnąłem ręce ku biegnącej gromadce dzieciaków. Najstarsza z mojej grupy szybko wyprzedziła pozostałych i rzuciła mi się na szyję podskakując radośnie.
To była najmilsza część dnia, która niestety ma kiedyś swój koniec. Po lekcjach i kolejnych dwóch godzinach spędzonych na zabawie z dzieciakami trzeba było wracać. Był upał, a człowiek mimo przebywania w cieniu czuł się wykończony po dwóch godzinach biegania za sporą gromadką małych urwisów. Pożegnałem się z nimi i chcąc nie chcąc musiałem wracać.
Ściemniało się już, a do domu jeszcze miałem spory kawałek drogi. Słuchając w słuchawkach utworów w kolejności losowej starałem skupić się na tym, co będę robił po powrocie, by nie zwrócić uwagi na panujący tam chaos. A może nie będzie tak źle?
Jakże się przeliczyłem. Kiedy wszedłem na klatkę schodową i nacisnąłem klamkę usłyszałem hałas i krzyki dochodzące z kuchni. „Super” – pomyślałem. – „spotkanie po latach?” – zironizowałem w myślach i chciałem iść do siebie, ale mijając w drodze do pokoju dostrzegłem, że w sypialni rodziców, na ich łóżku leży jakiś roznegliżowany mężczyzna. Zrobiło mi się niedobrze. Moja matka kłóciła się właśnie z ojcem w kuchni, a on co? Czekał na dogodniejszy obrót sprawy?
Wpadłem do swojego pokoju, sięgnąłem plecach, wrzuciłem do niego kilka rzeczy, szczoteczkę do zębów, moje pieniądze, wolałem brać je z sobą i kilka innych drobiazgów. Zarzuciłem z powrotem na siebie kurtkę, ubrałem buty i wyszedłem trzaskając drzwiami. Po drodze wykonałem tylko jeden telefon do najbliższej mi osoby. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć i że tym razem także pozwoli mi oszczędzić sobie scen w domu i ostać u niego kilka dni.
Kyungsoo był moim najlepszym przyjacielem i rozmawialiśmy o wszystkim. Wie doskonale, jak sytuacja u mnie wygląda i zawsze służy mi pomocą i dachem nad głową. Czasami po prostu wystarczy, że jest.
Idąc do niego wstąpiłem do sklepu i kupiłem kilka piw. Nie piję, żeby się zapić w cztery… Jednak czasami naprawdę lubię wypić. Ale nie dlatego, aby zapomnieć o problemach. O nich się nie da zapomnieć. Nawet po pijaku będą cię dręczyć, a wtedy jest jeszcze gorzej, bo jesteś w takim stanie, że zabija cię fakt, iż jesteś bezsilny.
Zapukałem dwa razy i odczekałem, aż mi otworzy. Powitał mnie z serdecznym uśmiechem i wpuścił do środka. Zjedliśmy razem kolację, gotował naprawdę dobrze. Lepiej od mamy, kiedy jeszcze było normalnie. Porozmawialiśmy chwilę o dzieciakach z sierocińca i o tym jak obaj spędziliśmy ten dzień. Potem przenieśliśmy się do salonu, a tam wszystko posypało się jak sól z przewróconej solniczki.
- Mam dość… – szepnąłem, otworzyłem butelkę i pociągnąłem dużego łyka. Kyungsoo poklepał mnie po ramieniu, usiadł obok mnie na dywanie obierając się o kanapę i stuknął swoją butelką o moją.
Siedzieliśmy tak długo, patrząc bezcelowo w telewizor. Jednak żaden z nas go nie oglądał. Obserwowaliśmy tylko zmieniające się na nim obrazy i rozmawialiśmy wciąż pijąc. Tamtego wieczoru jakoś… Straciłem rachubę przy piciu… On chyba też. Nawet nie wiem kiedy uzbierało się na podłodze tyle pustych butelek, w tym dwie po whisky. Gdybym był wtedy trzeźwy zauważył bym, że gadamy totalne głupoty i snujemy same bezsensowne teorie, które nijak mają się do naszego życia.
– Chciałbym… - sam nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Prawdopodobnie był to wynik zbyt dużej ilości alkoholu w organizmie… – Chciałbym choć raz zrobić coś szalonego, coś… nienaturalnego i… po prostu… ulec zatraceniu…
W tym momencie, jak na komendę, Kyungsoo wpadł na jakiś błyskotliwy pomysł.
- Jakiego rodzaju zatraceniu? – spytał spoglądając na mnie z szerokim uśmiechem na ustach.
- Obojętnie. – wzruszyłem ramionami i wlałem w siebie kolejną dawkę piwnej substancji, która skutecznie wyniszczała moje komórki myślowe tej nocy. Gdy tylko wypiłem zawartość butelki do dna, Kyungsoo wyprostował się i przysunął nieco do mnie. Spojrzałem na niego unosząc jedną brew ku górze i sięgnąłem w stronę stosu butelek, aby odstawić tam swoją… Zupełnie nie spodziewałem się tego, ze zamiast ją odstawić, najzwyczajniej w świecie ją przewrócę, jak i kilka innych. Wszystko przez D.O, który niespodziewanie rzucił mi się na szyję i ciężarem swojego ciała obalił na plecy. Podpierał się na wyprostowanych rękach patrząc mi prosto w oczy, a jego wzrok schodził coraz niżej. Nie wiem, dlaczego się nie roześmiałem, dlaczego nie odsunąłem go na bok. Kyungsoo wpił się w moje usta, a ja, zamiast automatycznie go od siebie odepchnąć, po prostu poddałem się temu i rozchyliłem nieco wargi, by lepiej wczuć się w ten niby niepozorny pocałunek.
Napierał na mnie swoim ciałem ocierając się o mnie, a ja nie wiedząc co robić, po prostu pozwoliłem mu robić co chciał. Mówiłem o zatraceniu, ale… Nie sądziłem, że będzie nim właśnie coś tak niemoralnego i… ekscytującego.
Nawet nie zauważyłem kiedy jego pocałunki zaczęły mnie podniecać. Chciałem ich coraz więcej, a wiązało się z tym posunięcie się o kolejną granicę za daleko. Nie pojmuję swojego zachowania i tego, że z taką łatwością pozwoliłem mu przekroczyć tą granicę. Moją granicę, granicę mojej intymności i mojego ciała. Spokojnym i lekkim ruchem zrzucił z siebie swój T-shirt i z uśmiechem na ustach zabrał się za mój. Był starszy, lepszy…
Kyungsoo sięgnął paska od swoich spodni i jakimś umiejętnym ruchem, którego mój wzrok nie zdołał zakodować dostał się między moje nogi i delikatnym pchnięciem wszedł we mnie. Wydałem wtedy z siebie jęk, który wcale nie był zwyczajną oznaką bólu… Czułem go. Czułem go całym sobą, każdy jego ruch, słyszałem jego przyspieszony oddech i czułem moje oszalałe bicie serca, które kołatało w mojej klatce piersiowej… Co się ze mną działo tej nocy?

***

Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Nie pamiętam kiedy ostatnio tyle wypiłem… Otworzyłem niechętnie oczy, które szybko przyzwyczaiły się do półmroku panującego w pomieszczeniu, które dzięki dobrze zasłoniętym oknom pozwalało zmysłom szybciej dojść do siebie i koiło nieco ból pulsujący w mojej głowie. Tak w ogóle… Co to było wczoraj? Rozejrzałem się dookoła. Spałem w salonie, ok. Ale w takim razie, gdzie jest Kyungsoo? Spał ze mną? Podniosłem się na łokciach i wtedy usłyszałem skrzypnięcie drzwi od jego pokoju, które znajdowały się naprzeciwko. Chłopak pojawił się na korytarzu w samych bokserkach, ziewnął i otworzył zaspane oczy. Włosy miał potargane i marszczył brwi. Spojrzał na mnie, a ja poczułem, jak robi mi się gorąco.
- Już nie śpisz? – spytał i ziewnął. Pokręciłem głową, na co on przyglądał mi się jeszcze przez moment, po czym wszedł do pokoju. Rzucił się na kanapę w miejscu, gdzie miałem nogi i rozciągnął się. Przez chwilę miałem wrażenie, że doznałem chwilowego zatrzymania akcji serca. Spojrzał na mnie krzywiąc się.
- Ciebie też tak suszy? – spytał. – Chyba za dużo wczoraj wypiliśmy… - zaczął rozglądać się po pokoju, aż dojrzał coś w okolicy mojej ręki, która zwisała z kanapy nad dywanem i sięgnął po to zachłannie. Pośpiesznie cofnąłem rękę jakby w obawie, że sięga po nią. Jednak Kyungsoo przyssał się do butelki z wodą mineralną. – A najgorsze jest to, że uciął mi się film zaraz po tym, jak wypiłem ostatnie piwo… - jęknął. – Chcesz? – podał mi butelkę. Wziąłem dużego łyka i zacząłem analizować jego wypowiedź.
- Czyli… Nic nie pamiętasz? – spytałem dla pewności.
- Nic prócz picia… Kurde… Nienawidzę tego poczucia, że powinno się coś pamiętać, ale nie jest się w stanie sobie tego nawet ogólnikowo przypomnieć… Działo się coś ciekawego? Pamiętasz coś?
To było moje pięć minut. Co miałem zrobić? Powiedzieć mu „kochaliśmy się, było…” co ja plotę?! Nie mogę mu tego powiedzieć…
- Ja… - ugryzłem się w język. – Też nic nie pamiętam. – skłamałem, a w myślach przeprosiłem go za to naprawdę wiele razy. Zrobię to raz jeszcze. Przepraszam, Kyungsoo.
- No cóż.. – zaczął i znowu ziewnął zarażając mnie partią ziewania. – Dobrze, że dzisiaj weekend. Nie musimy ruszać tyłków z domu. Idę się wykąpać. – rzucił z uśmiechem i wyszedł.
Zostałem sam i od razu, gdy tylko w pokoju zapadła grobowa cisza, a moje uszy słyszały tylko dźwięk lecącej wody z łazienki moje myśli zaczęły burzyć się i rozrzucać po całej mojej głowie. Miałem wrażenie, że za moment eksploduję. Za dużo wrażeń. Ja i Kyungsoo? Dlaczego? Przyjaźniliśmy się, od lat. Więc co nam strzeliło wczoraj do głowy? W ogóle jak to możliwe, że mój organizm nie zareagował? Dlaczego patrzyłem na niego i nic z tym nie zrobiłem? Bez najmniejszych oporów pozwoliłem mu przekroczyć jedną z granic. Granicę, której nigdy nie powinien był przekraczać. Powinienem mu powiedzieć? Zakończyć to? Ale… tak silnej i długiej przyjaźni nie kończy się z dnia na dzień. Nie mogę mu po prostu powiedzieć „spadaj, przesadziłeś.” Nie chcę go zranić…
Z drugiej strony… Jeśli patrzeć na to z innej perspektywy… To mi się… podobało? Nie protestowałem, co daje mi do myślenia. Ale byłem pod wpływem alkoholu, a po nim robi się wiele różnych, głupich rzeczy, których potem się żałuje. Tylko że… ja chyba wcale tego nie żałuję…

***

Uniosłem się siadając na kanapie. Skopałem koc, którym byłem przykryty i postanowiłem wstać. Gdy moje stopy zetknęły się z dywanem przeszedł mnie dziwny dreszcz, a w mojej głowie przewinęły się wszystkie obrazy z wczorajszego dnia. Zrobiło mi się gorąco. Potrząsnąłem nerwowo głową, by móc się opamiętać i wziąć w garść. Zwlokłem się z kanapy i poczłapałem do kuchni. Wyszperałem w lodówce schłodzoną wodę i wziąłem sporego łyka bezpośrednio z butelki. Chciałem się przejść i orzeźwić, uwolnić się od miejsca, które przypominało mi wydarzenia wczorajszej nocy. Wróciłem do pokoju, ubrałem się, włosy przeczesałem palcami. Zostawiłem karteczkę dla Kyungsoo, żeby wiedział, że niedługo wrócę. Ubrałem buty i wyszedłem. Gdy tylko znalazłem się na klatce schodowej oparłem się bezwładnie o ścianę, odchyliłem głowę w tył i zamknąłem oczy. Wziąłem głęboki oddech delektując się samotnością, próbując opanować moje oszalałe serce. Spokojnym krokiem zszedłem na dół i skierowałem kroki nad rzekę Han. Lubiłem tamto miejsce i miałem wrażenie, że ono lubiło mnie. Za każdym razem gdy tam przychodziłem, było tam całkiem pusto, a już nie raz słyszałem kiedyś od znajomych, że nad rzeką Han zawsze są ludzie, gdy oni tam idą. Widocznie udziela ona dla mnie odrobiny prywatności i spokoju pośród tego codziennego szaleństwa i szarości dnia.
Zacząłem w głowie analizować, czy nieświadomość D.O jest dobrym pomysłem. Może lepiej byłoby, gdyby on także o tym pamiętał?... Ale w sumie.. Co mu powiem? Nie, nie. Powiedzenie mu prawy to kiepski pomysł. Zdecydowanie ta opcja odpada. Na trzeźwo nigdy by do czegoś takiego nie doszło. W końcu obaj jesteśmy mężczyznami, najlepszymi przyjaciółmi. Taki związek jest czymś chorym, nie moralnym w moim świecie. W jego na pewno też nie, choć coś takiego wyjaśniałoby brak zainteresowania dziewczynami… Nie! Stop! Co ja w ogóle plotę? Usiadłem na trawie i oparłem czoło o kolana. Czułem się skołowany i zagubiony. Dlaczego ta noc mi się podobała? Dzięki Bogu jutro będę mógł się urwać stamtąd, bo pojadę do sierocińca. Aczkolwiek powrót do domu, to jednak ostatnia rzecz, której chciałbym aktualnie doświadczyć.
Opadłem na trawę i zamknąłem oczy. Wsłuchiwałem się w cichy szelest płynącej wody, gdzieś w oddali było słychać śpiew ptaków. Cisza. Tak bardzo przeze mnie lubiana i upragniona…cisza. Nagle usłyszałem mniej naturalny szelest. Jakby ktoś, gdzieś za mną, chodził. Zmarszczyłem brwi, podniosłem się na łokciach i odwróciłem. Zobaczyłem czerwonowłosego chłopaka, o idealnej cerze, brązowych oczach i malującym się na jego twarzy zmęczeniem. Wyprostowałem się i zacząłem mu się badawczo przyglądać. Jednak moja prywatność podarowane od rzeki została dzisiaj nadszarpnięta… Marszcząc czoło odwróciłem się do niego przodem i skrzyżowałem ręce na piersi.
- Ładnie to tak? Zakłócać innym spokój? – spytałem udając ironię. Chłopak wzdrygnął się jakby nie był świadom tego, że nie jest sam. Zatrzymał się gwałtownie i zmierzył mnie wzrokiem. Lekko zmieszany podrapał się po głowie i spuścił wzrok.
- Przepraszam… po prostu… chciałem być sam.. – mruknął.  Był ubrany w czarny bezrękawnik z kapturem, przekładany przez głowę, na której zawiązaną miał czarno-białą bandanę. Spodnie miał czarne, do kolan i czarno czerwone adidasy, z których wystawały czarne skarpetki. Na lewej ręce miał koralikową, drewnianą bransoletkę. Był przystojny i wyglądał na spokojną, niegroźną i raczej wrażliwą osobę. Taką, którą miało się ochotę chronić przed złem świata, czy coś… Mimowolnie się uśmiechnąłem. Sam nie wiem dlaczego. Tak po prostu…
- To tak jak ja. – odparłem. – Usiądziesz? – spytałem i poklepałem miejsce obok siebie. Stał tak jeszcze przez chwilę przyglądając mi się, aż w końcu przytaknął, podszedł bliżej i usiadł. Zapach jego perfum czuć było od razu. Zapach był zmysłowy, delikatny i uznałem, że na długo pozostanie mi w pamięci. – Jongin jestem – zacząłem – przyjaciele mówią mi Kai. – uśmiechnął się blado i przytaknął.
- Luhan. – uśmiechnął się lekko pod nosem i spojrzał gdzieś na wodę bawiąc się w dłoniach kawałkiem urwanej trawy. Przez chwilę siedzieliśmy jeszcze w ciszy. Uznałem, że jego osoba potencjalnie nie będzie mi przeszkadzać i położyłem się z powrotem na trawie.
- Często tu przychodzisz? – spytał po jakimś czasie i spojrzał na mnie. Otworzyłem oczy i podniosłem się na łokciach.
- Dość często. Lubię tą ciszę i spokój, jaki tu panuje. Czasami, gdy mam kłopot, żeby pozbierać własne myśli, to spędzam tu nawet pół dnia.
- I co? Pomaga? – zerknął na mnie ponownie.
- Tak, często pomaga. Ale mam wrażenie, że moja aktualna sprawa jest bardziej do kitu, niż mi się wydaje.
- Och… Rozumiem. – urwał krótko i ponownie zamilkł.
- A Ty? Przychodzisz tu często? – uznałem to za dobry moment w wypytaniu o jakieś szczegóły o nim.
- Ostatnio coraz częściej… Wolę spędzać czas jak najdalej od domu… - gdy usłyszałem jego wypowiedź spojrzałem na niego w nadziei, że może znalazłem kogoś, kto jest w podobnej sytuacji i jakoś będzie nam raźniej.
- Zabawne… - rzuciłem niemrawo. Spojrzał na mnie zdziwiony. – Też robię wszystko, aby spędzać w domu jak najmniej czasu…

- Najchętniej w ogóle bym do niego nie wracał. – powiedzieliśmy jednocześnie. Podjudziło to moje zmysły. Spojrzałem na niego trzeźwo i nieco ożywiony. On również wydawał się być zaskoczony naszymi zgranymi wypowiedziami. Uznałem, że to może być coś naprawdę interesującego…

czwartek, 27 marca 2014

Here I Am.

Tytuł: Here I Am
Paring: KaiSoo
Długość: Chaptered
Rodzaj: Dramat, Angst, Obyczaj, Romans, AU

Rozdział Pierwszy.




Wrzesień 2015

„Gdzie jestem. Co tu robię. Co to za miejsce.”  – przemknęło mi przez głowę milion pytań. Siedziałem na środku białego pomieszczenia, które wręcz raziło mnie po oczach. Ściany, sufit i wykładzina były śnieżnobiałe, jedynie klamka była złota. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego miejsca. Podniosłem się niezdarnie na równe nogi i rozejrzałem, choć to nie miało najmniejszego sensu. Po chwili drzwi uchyliły się, a jasna wiązka światła słonecznego wpadając do środka uderzyła prosto w moje zmęczone już wystarczająco jasnym pomieszczeniem źrenice. W drzwiach stanął mężczyzna w podeszłym wieku, miał na sobie biały garnitur, a na szyi miał zawiązany kremowy krawat. Wyglądał bardzo gustownie. Uśmiechnął się i gestem dłoni zaprosił mnie do siebie. Nie wiem dlaczego, ale ruszyłem ku jego osobie. Kiedy stanąłem przed nim on położył rękę na moim ramieniu i ponownie się uśmiechnął.
- Jongin – jego głos był ciepły i spokojny. Raczej przyjemny i lekko ochrypły. – Wiesz co się stało? – pokręciłem głową. – Skup się. Przypomnij sobie…
Skupiłem się chwile w ciszy, zamyśliłem i wróciłem myślami do wspomnień. Przez głowę przemknął mi most, srebrne, sportowe BMW i przeszywający mnie ból w nogach, a potem uczucie spadania i uderzenie o tafle wody. Odskoczyłem gwałtownie i spojrzałem na mężczyznę stojącego przede mną szeroko otwartymi oczami. Czułem, jakby moje serce miało zaraz wydrzeć się z klatki piersiowej.
- Umarłem? – z trudem to słowo przeszło mi przez gardło.
- Teoretycznie. – odparł - Właśnie próbują wyłowić Twoje ciało. – kontynuował. – Od Ciebie zależy czy uda im się Ciebie uratować i przywrócić do życia.
- Ode mnie?! – jęknąłem – Przecież jestem tutaj…
- Żałujesz tego, co zrobiłeś? – spytał nagle, a ja w pierwszej chwili miałem ochotę spytać go o co mu chodzi. Jednak przed oczami przemknęło mi to wszystko, co działo się przez ostatnie tygodnie w moim życiu. To, jak raniłem wszystkie osoby, dla których byłem ważny. To jak raniłem mojego najlepszego przyjaciela, który był dla mnie kimś więcej. Przyjąłem jego miłość, przyznałem, że ją odwzajemniam, a potem zmieszałem jego uczucia z błotem i robiłem to wiele razy.. Przed oczami pojawiła mi się jego spokojna, przygnębiona twarz… Jak mogłem spowodować, że taka pozytywna i radosna osoba jak on mogła zapragnąć własnej śmierci?

14 Styczeń 2014

- Jongin! – usłyszałem jego dźwięczny głos wypowiadający radośnie moje imię. – Zwariowałeś? Nie powinieneś mieszać alkoholu… - jak zwykle musiał mnie pouczać. Dlaczego robi to nawet na moich urodzinach, kiedy jestem z przyjaciółmi i świetnie się bawię.
- Hyung… - przeciągnąłem melodyjnie. – Zajmij się sobą i swoją kuchenką, a nie wciskaj swoich drętwych uwag tam, gdzie nie są oczekiwane. – przyznaje, że byłem już nieco wstawiony i ledwo potrafiłem pohamować śmiech.
- Nikt tutaj nie potrzebuje drugiego sumienia, hyung. – rzucił Sehun i parsknął śmiechem razem z nami wszystkimi. Kyungsoo odszedł ze spuszczoną głową i zaszył się w pokoju na górze.

Maj 2014

Był ostatni dzień kwietnia, razem z całą ekipą zostałem zaproszony do apartamentu Leny, przyjaciółki, która wyprawiała majówkę. Miała apartament nad oceanem i mieliśmy wypłynąć jej jachtem na dłuższą wycieczkę. Byłem już spakowany i czekałem tylko na sygnał klaksonu wydawany przez kabriolet Luhana, by złapać swoje rzeczy i wyjść z domu.
Nagle Kyungsoo wyrósł przede mną z dziwnie przytłoczonym wyrazem twarzy. Spojrzałem na niego zdziwiony unosząc brew ku górze.
- Co jest hyung? – spytałem przyglądając mu się.
- Jongin… bo widzisz… ja… - zaczął dukać niezdarnie grzebiąc nogą w ziemi.
- No wyduś to w końcu z siebie, hyung! – ponaglałem go radośnie słysząc klakson.
- Kiedy to nie takie proste.. – wymamrotał.
- Szybciej, wiesz,że się spieszę… - poganiałem go przestępując z nogi na nogę. Kiedy spotkałem się z kolejną jąkającą się odpowiedzią i chwilą ciszy westchnąłem i machnąłem na niego ręką.
- Jongin, zaczekaj! – krzyknął za mną. – To dla mnie ważne!
- Nie mogę. Pogadamy innym razem, hyung! – rzuciłem na odczepne i zakładając kurtkę w biegu kierowałem się w stronę drzwi.

Wrzesień 2015

- Hyung… - wyszeptałem i poczułem ukłucie bólu w klatce piersiowej.
- Żałujesz? – ponowił pytanie. – Chciałbyś to naprawić? – podniosłem na niego wzrok pełen nadziei i łez. Chciałbym teraz z nim porozmawiać… Przytulić go i powiedzieć mu jak bardzo żałuję tego wszystkiego, co zrobiłem. Tego jak wiele bólu i goryczy zaaplikowałem w jego organizm, który najzwyczajniej nie był w stanie znieść tak dużej dawki.
Rozpłakałem się.
Łzy same spływały po moich policzkach, a serce zadrżało z tęsknoty.
- Dam Ci jeszcze jedną szansę, nie zniszcz tego tym razem. – oznajmił mężczyzna z lekkim uśmiechem i pchnął mnie ku drzwiom. Znów towarzyszyło mi to dziwne uczucie spadania. Zacząłem się krztusić, a moich uszu dobiegło ochrypłe „oddycha!”

*

Obudziłem się w pomieszczeniu o blado-zielonych ścianach, białym suficie i zielonym linoleum. Metalowe łóżko, w którym leżałem stało przy samym oknie tak, że widziałem świecące na niebie gwiazdy. Do moich uszu dotarło miarowe, spokojne pikanie aparatury, gdzieś po mojej lewej strony. Zerknąłem więc i zobaczyłem kilka dziwnych, szpitalnych urządzeń, które wszelakimi rurkami były podłączone do mnie. Wtedy poczułem, że mam coś na twarzy. Maskę tlenową, od której również ciągnęła się rurka podłączona do aparatury znajdującej się przy łóżku. Przypomniało mi się, jak wracałem do domu z operetki, zaraz po występie. Pokłóciłem się z hyungiem i wracałem do domu na piechotę. Byłem w połowie drogi, kiedy sportowy samochód uderzył w rowerzystę, a później pod wpływem ostrego hamowania uderzył we mnie powodując, że przeleciałem przez balustradę mostu i spadłem do wody. A potem byłem w tym biały pomieszczeniu i rozmawiałem z tym starszym mężczyzną, który…
„Kyungsoo!” – przemknęło mi przez głowę. Uniosłem gwałtownie głowę i rozejrzałem się po pokoju. Chciałem się podnieść i odnaleźć chłopaka, choć nie miałem sił nawet na to, by dłużej niż kilka sekund trzymać w powietrzu głowę. Opadłem z powrotem na poduszki i spojrzałem w róg pokoju po mojej prawej stronie. Dostrzegłem siedzącą na krześle postać. Zmrużyłem oczy by dokładniej przyjrzeć się śpiącej w nim osobie. To był on. Spał wykrzywiony na twardym krześle opierając się o ścianę. Mimowolnie uśmiechnąłem się i automatycznie poczułem ulgę widząc go tutaj.
- Hyu… Hyung… - wymamrotałem niewyraźnie, gdyż maska tlenowa utrudniała swobodne wypowiadanie słów. Chłopak ocknął się i ziewnął. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się blado mrużąc oczy. – Hyung… - powtórzyłem, a on poderwał się gwałtownie z miejsca i otworzył szeroko oczy.
- Jonginnie! – jęknął i dobiegł do mojego łóżka. Usiadł na kozetce i ujął w czułym uścisku moją dłoń. – Obudziłeś się… - na jego twarzy pojawił się uśmiech, któremu towarzyszyła ogromna ulga. Oczy zaszły mu łzami, złożył na zewnętrznej stronie mojej dłoni delikatny pocałunek i przytulił ją do swoje policzka. Poczułem ukłucie w klatce piersiowej i ogarnął mnie żal. Żal do samego siebie i do tego, jakim byłem wcześniej człowiekiem. Ścisnąłem jego dłonie, a potem delikatnie palcem pogładziłem jego policzek. Obserwowałem jak mruży oczy i czule się uśmiecha. Jak wiele przyjemności i radości sprawiał mu tak drobny gest… Drugą ręką sięgnąłem do ust i niezdarnie zdjąłem maskę z ust.
- Hyung… - Kyungsoo podniósł na mnie wzrok. – Przepraszam… - wyszeptałem i poczułem jak do oczy napływają mi łzy. – Przepraszam… - powtórzyłem i poczułem jak samotna, słona łza toczy się powoli po moim prawym policzku. Przymknąłem oczy i wypuściłem ciężko powietrze z płuc. D.O sięgnął ku mojej twarzy i jednym palcem starł ją z czułością obejmując później mój policzek.
- Pójdę po lekarza, powinien wiedzieć, że odzyskałeś przytomność. – wstał, ale nie wiem dlaczego, tak bardzo bałem się momentu, w którym opuści to pomieszczenie. Trzymając kurczowo jego dłoń wpatrywałem się w jego smutne oczy. Ile musiał wycierpieć? Jak wiele bólu sprawiłem tak niewinnej i kruchej osobie? Czy kiedykolwiek mi to wybaczy?  – Jongin… za chwilę wrócę. – uśmiechnął się. – Wrócę… - powtórzył.
Leżałem tak w ciszy jeszcze przez chwilę, gdy nagle w pomieszczeniu zostało zapalone światło, które zaczęło znęcać się nad moimi oczami, które tak bardzo polubiły ciemność tego pomieszczenia.
- Witam – na horyzoncie pojawił się mężczyzna ubrany w biały fartuch z plastikową plakietką przyczepioną do kieszeni po lewej stronie fartucha. Za jego plecami dojrzałem Kyungsoo, który z nerwów obgryzał paznokcie. Miałem ochotę go za to skarcić, ale nie czułem się jeszcze na sile, by mówić zbyt wiele. Lekarz zbadał mnie, odczytał coś z wydruku z jednej z maszyn. – Dobrze… - urwał i spojrzał się na Kyungsoo, który spojrzał na niego nerwowo. – Jak na razie wszystko jest… dobrze. Rana goi się bez zastrzeżeń, a wyniki też są przyzwoite. Myślę, że tydzień… no, może dwa i będziesz mógł zabrać go do domu. „Rana? Jaka rana?” – pomyślałem. – „Byłem ranny? O co chodzi?” Mężczyzna kontynuował. – Niedługo znieczulenie powinno przestać działać, więc może odczuwać jeszcze ból, bądź pieczenie.
- Rozumiem – odparł spokojnie mój Hyung patrząc na mnie z troską.
- Gdyby ból był naprawdę uporczywy, można zajrzeć do dyżurki. Pielęgniarki podadzą mu wtedy coś przeciwbólowego. – Kyungsoo przytaknął i podszedł bliżej przytrzymując się ramy łóżka. – Musi dużo odpoczywać i niech na razie zbyt dużo nie mówi, nie powinien nadwyrężać swojego organizmu.
Kiedy lekarz wyszedł miałem setki pytań do mojego przyjaciela, który wiernie usiadł obok mojego łóżka wciąż trzymając moją dłoń. Nie miałem pojęcia, o co mam spytać jako pierwsze.
- Wszystko w porządku, Jongin? – spytał. Musiał wyczuć moje zakłopotanie. Postanowiłem na początek spytać o to, co mówił lekarz.
- Ja… - język strasznie mi się plątał, a każda sylaba powodowała, że odczuwałem niewielki ból. -  Jaka rana? – wymamrotałem w końcu.
- Och – wyrwało mu się – miałeś operację. Podczas uderzenia doznałeś uszkodzenia prawego płuca. Żebro, które zostało złamane uszkodziło je i musiałeś zostać natychmiast operowany. Stąd rana i maska tlenowa, która wspomagała Twoje oddychanie przez ten cały czas.
Ok, czyli miałem operacje. Moje płuco jest osłabione i powinienem być teraz ostrożny i się oszczędzać. No dobrze, czyli jedno już za mną. Dobrze, że to tylko płuco. Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem na wciąż przygnębionego przyjaciela. Przyglądałem mu się przez chwile i dostrzegłem kulające się w kącikach jego oczu łzy. Ścisnąłem jego dłoń mocniej, a on spojrzał na mnie spojrzeniem, którego nigdy nie mógłbym zapomnieć.
- Jongin-ah… - szepnął, a jego głos załamał się przy ostatniej sylabie. – Jest jeszcze coś… - dodał drżącym głosem.
- Co jest? – spytałem i niecierpliwie czekałem aż wreszcie to z siebie wyrzuci.
- Ale to nie jest dobra wiadomość… - pochylił się ku mnie i wyszeptał muskając ustami moje ramie. – To straszne, że akurat ja muszę Ci o tym powiedzieć. Ale… kto inny miałby to zrobić… - westchnął. – Bo widzisz…
- Zaczekaj. – przerwałem mu czując, jak moje serce zaczyna bić szybciej, a mój organizm spowija mgła strachu. Spojrzał na mnie oczami pełnymi łez. – Możesz…  Możesz mnie najpierw pocałować? – wyszeptałem i poczułem jak głos grzęźnie mi gdzieś głęboko w gardle. Kiedy usłyszał moją cichą prośbę łzy potoczyły się po jego policzkach, a on zasłonił sobie usta drugą dłonią. Pokiwał głową i podniósł się, by chwilę później wisieć nade mną i patrzeć mi prosto w oczy. Wytarłem wierzchem dłoni jego łzy i zdobyłem się na półuśmiech. Kyungsoo zniżył się jeszcze bardziej i złączył nasze usta w czułym, głębokim pocałunku przepełnionym smutkiem i słonym żalem, którego symbolem były jego wciąż płynące łzy. Zamknęliśmy oczy, a on oparł się czołem o moje. Czułem jego oddech na swojej skórze. – Więc ? – szepnąłem cicho czekając na odpowiedź.
- Chodzi o to że… Bo… Twoje nogi, Jongin…

*

Nazywam się Kim Jongin. 
Mam dwadzieścia dwa lata. Jestem tancerzem.
Byłem...
A to moja historia.

wtorek, 25 marca 2014

"Here I Am"

Tytuł: Here I Am
Paring: KaiSoo
Długość: Chaptered
Rodzaj: Romans, Obyczaj, Angst, Dramat, Fantasy

PROLOG.



„Jesteś tu?” – szeptam co wieczór przed snem, by upewnić się, że wciąż leżę obok Ciebie.
„Słyszysz mnie?” – pytam każdego ranka przy śniadaniu, by upewnić się, że nadal mogę z Tobą rozmawiać.
„Widzisz mnie?” – pytam podczas pakowania się do pracy, by upewnić się że nie jestem niewidzialny.
„Kochasz mnie?” – szeptam codziennie do Twojego ucha, by przed wyjściem z domu uspokoić moje struchlałe serce.

Bezsenność.
Każdy z nas w swoim życiu miał z nią do czynienia. Niektórzy męczącą się z nią całe życie.

Nie pamiętam kiedy ostatnio spałem… Potrzebuję snu. Potrzebuję go, aby w końcu zacząć funkcjonować. Jednak z drugiej strony za bardzo się go boję. Przeraża mnie moment zetknięcia się z własną podświadomością. 
Od tamtej nocy nie zmrużyłem oka. 
Co noc leżę obok Ciebie w ciszy. Gładząc Twoje włosy obserwuję jak oddychasz przez sen.
Wróciłem po to, aby to wszystko naprawić. 
Chcę to naprawić.
Dostałem szansę, której nie mogę zaprzepaścić, nie chcę znów tego zniszczyć. 
Co noc nachodzą mnie wspomnienia, które tak bardzo chciałbym zmienić… 
Tak bardzo chcę Cię wtedy przytulić.

Reinkarnacja.
To w ogóle możliwe? Jeszcze miesiąc temu nigdy bym w to nie uwierzył. Jednak teraz to się dzieje. 
Znów jestem blisko Ciebie.
Zaczynamy wszystko od nowa, jestem dla Ciebie jak czysta karta, prawda? Nie miej złych wspomnień z miłości, która nas łączy.
Chciałbym… 
Nie.
Zrobię wszystko, by tak zostało…

czwartek, 14 listopada 2013

Dear Darling.

Tytuł: Dear Darling.
Paring: KaiSoo
Długość: ....
Rodzaj: romance, angst
Rating: G, NC-17

~

Jesienna chandra dopadała chyba wszystkich. Jednak on był typem osoby, która na przekór wszystkim starała się utrzymać siebie i swoich bliskich w ryzach i z pozytywną energią.

~

Czym jest miłość i dążenie do spełnienia? Co to jest romans? Co to związek i co oznacza zdrada?
Znasz to uczucie? Gdy całe Twoje ciało paraliżuje ból i strach, a serce wypełnia rozgoryczenie?

~

Tak po prostu.. odejść i odstawić w niepamięć to wszystko, co było. Nie odwracać się i nie starać się ratować czegoś, co i tak już nie ma sensu. Czegoś, z czego nie ma już nawet co ratować…

***

Pewnego chłodniejszego wieczoru, gdy wracałem z zakupami do domu, dostrzegłem kogoś czekającego pod moim domem. Zwolniłem więc kroku i zacząłem przyglądać się z daleka. Zmrużyłem lekko oczy by wybadać sytuację. Ten chłopak miał na sobie czarną czapkę z daszkiem, grubszą bluzę i kaptur na głowie. Co jakiś czas pocierał o siebie dłonie i chuchał na nie, by je ogrzać. Stałem tak jeszcze przez moment, a gdy tylko rozpoznałem nieoczekiwanego gościa i jego samochód, który stał na podjeździe, ocknąłem się i pobiegłem w tamtą stronę.
Dobiegłem do furtki i łapiąc oddech, złapałem się jej uspakajając nieco. Spojrzałem na niego i wziąłem głęboki oddech.
- Jongin-ah! – krzyknąłem i ruszyłem w jego kierunku. Brunet obejrzał się i widząc mnie rozluźnił się i wyszedł mi naprzeciw.
- Daj – wyciągnął ręce po siatki z zakupami. – pomogę ci. – uśmiechnął się blado i zabrał większą część zakupów. Weszliśmy do środka i udaliśmy się do kuchni, aby rozpakować siatki. Byłem szczęśliwy, że go widzę… Od ostatniej wspólnej nocy już go nie widziałem.. Wpychał mi kit, że nie ma czasu.. Jesteśmy ze sobą od trzech lat, a on mi próbuje sprzedać bajeczki o przepracowaniu.. O nadmiarze nadgodzin i braku wolnego czasu. Nie jestem głupi. W sumie już od kilku miesięcy podejrzewam, że kogoś ma.
- Zaskoczyła mnie trochę Twoja wizyta.. – zacząłem stawiając przed nim kubek z gorącą czekoladą. Usiadłem obok niego na kanapie zginając jedną nogę i siadając do niego przodem. – Myślałem, że jesteś zbyt zajęty, aby spędzić ze mną chociaż dwadzieścia pięć minut… - wymamrotałem i wziąłem dużego łyka. Nie uzyskałem jednak odpowiedzi. Zerknąłem na niego, jego ręce drżały, a oczy były tępo wbite w dywan.  „Wiedziałem…” – przemknęło mi przez głowę i poczułem piekące uczucie bólu w okolicy klatki piersiowej. Zmrużyłem oczy i czekałem teraz tylko na zadanie ciosu. Ten też nie miał miejsca. Otworzyłem niepewnie oczy i spojrzałem na niego. Trzymał w dłoni kopertę. Spojrzałem na niego pytająco.
- To dla Ciebie… - szepnął. – Ale.. Otwórz to dopiero jutro rano, dobrze? – przytaknąłem, a on odłożył kopertę na ławę. Niespodziewanie Jongin przywarł do moich warg w agresywnym pocałunku. Jego dłonie wędrowały zachłannie i niecierpliwie po całym moim ciele, a mi zaparło dech w piersi. Zupełnie się tego nie spodziewałem… W mgnieniu oka pozbyłem się koszulki i dżinsów, które miałem na sobie. Sunął swoimi pełnymi ustami po całym moim ciele pozostawiając po sobie tylko czerwone ślady. Po pomieszczeniu roznosiły się nasze głośne westchnienia.. Tak mi tego brakowało…

**

Opadł obok mnie na poduszki. Złożył na moich ustach czuły, długi pocałunek, odrywając swoje wargi od moich w zwolnionym tempie. Wypuściłem ciężko powietrze i poczułem ulgę. Jakby coś ciężkiego spadło z mojego serca.
- Dobranoc, hyung. – usłyszałem ciche mruczenie i poczułem jak Jongin oplata mnie swoim ciepłym oddechem i silnymi ramionami. Poczułem się świetnie i po prostu zasnąłem.
Obudziła mnie dopiero nienaturalna cisza i chłód bijący zza moich pleców, gdzie teoretycznie miał leżeć śpiący Jongin. Jednakże miejsce było puste i dawno zimne.. Musiał najwidoczniej wstać wcześnie. Poszedł zrobić śniadanie? Nie.. Coś mi się w tym wszystkim nie podobało… Wygramoliłem się z łóżka i włożyłem na siebie swoją bieliznę. Wsunąłem stopy w ciepłe kapcie i poszedłem na dół, gdzie zastałem pustkę. Złapałem delikatnie za firankę w salonie i wyjrzałem przez okno, gdzie również nie było jego samochodu. Ponownie ogarnął mnie strach. Wtedy przypomniało mi się o kopercie, którą miałem otworzyć rano. Szybkim krokiem podszedłem do ławy, wziąłem nieduży kawałek białego papieru do rąk i otworzyłem kopertę. Wyjąłem z niej perfumowany męskim zapachem, jego zapachem, pergamin wypisany staranną kaligrafią. Usiadłem na dywanie opierając się o kanapę plecami i wziąłem głęboki oddech…

„ Dear Darling…
Na samym początku, chciałbym Cię przeprosić. 
Wyjeżdżam. 
Na stałe. 
Już nie wrócę, przepraszam.
Wiem, jak bardzo mnie kochasz.. Dlatego postanowiłem, że ostatnią noc tutaj spędzę z Tobą… Nie chciałem wyjść na skończonego dupka, ale zapewne właśnie nim jestem. Nawet nie potrafiłem Ci powiedzieć prosto w oczy, że odchodzę…
Poznałem kogoś. 
Ma na imię Lena. 
Kocham ją..
Nie wiedziałem jak mam Ci o tym powiedzieć, stchórzyłem. Nie zdziwię się, jeśli już nigdy nie odbierzesz ode mnie telefonu… 
Kyungsoo, przepraszam. Kocham Cię, ale… Ją kocham bardziej… Mam nadzieję, że zrozumiesz i kiedyś mi wybaczysz… Chcę, byś wiedział, że naprawdę jestem szczęśliwy… Więc proszę, daj mi odejść i nie każ mi zbyt długo żyć z przeświadczeniem, że mnie nienawidzisz…
Mimo wszystko, zawsze Twój – Jongin.”

poniedziałek, 11 listopada 2013

I'd rather bend than break.

Tytuł: I'd rather bend than break.
Paring: KaiSoo
Długość: One Shot
Rodzaj: AU
Rating: G.
Uwagi: Czas trainee.


  Zdawało mi się, że może być tylko gorzej. Czułem się beznadziejnie i nie miałem ochoty nawet na to, aby oddychać. Jakby ktoś zmieszał mnie z błotem i skopał mi tyłek. Siedziałem skulony na korytarzu, a jedyne światło jakie w nim biło to wdzierające się srebrne promienie wiszącego wysoko na niebie księżyca. Odchyliłem głowę w tył opierając ją o ścianę i zamknąłem oczy. Miałem wrażenie, że po prostu się poddałem. Nie czułem już siły, aby dłużej walczyć o swoje, którego i tak nie mogłem obronić. Dopiero po chwili dotarła do moich uszu stłumiona muzyka rozbrzmiewająca z drugiego końca korytarza. Ostatkiem sił podniosłem się z wykładziny i ruszyłem chwiejnym krokiem w tamtą stronę. Byłem zaskoczony, kto o godzinie drugiej w nocy tak głośno puszcza muzykę. Stanąłem przed dębowymi drzwiami i ostrożnie je otworzyłem. Głośna muzyka uderzyła w moje bębenki ogłuszając mnie przez moment, a światło bijące z wnętrza salki oślepiło. Gdy moje zmysły przyzwyczaiły się do nowych bodźców mogłem zobaczyć co się dzieje. To był Jongin. Był spocony, włosy przyklejały mu się do czoła, z którego ciekła kolejna stróżka potu. Klejący się do niego, przemoczony T-shirt i ledwo ruszająco się, wiotkie ciało. Zaparło mi dech w piersi. Jakim cudem on był w stanie jeszcze trzymać się na nogach?! Skończyliśmy trening dobrych pięć godzin temu, a ja nadal nie potrafiłem zbyt długo utrzymać ciała w pionie. Skąd on brał w sobie tyle siły i energii… Podziwiałem go za to. Wślizgnąłem się ukradkiem do salki i usiadłem pod ścianą w nadziei, że mnie nie zobaczy. Przyglądałem mu się przez moment.. Właśnie zadał się do wykonania pełnego obrotu i… uderzył całym swoim ciałem o parkiet. Podskoczyłem, a moje tętno razem ze mną. Lekko się ślizgając podbiegłem do niego i rzuciłem mu się z pomocą. Odepchnął mnie tylko i niezdarnie podniósł się. Stanął na nogi, wyprostował się i spojrzał na mnie z lekką pogardą.
- Dam sobie radę. – mruknął przez zaciśnięte zęby.
- Wiem, ale… - widząc jego minę zamilkłem. – Przestraszyłem się… - dodałem już ciszej, ale usłyszał. Dostrzegłem jak jego mięśnie się rozprężają. Wypuścił ciężko powietrze z płuc i spuścił głowę. Uniósł lekko kąciki ust posyłając mi blady uśmiech.
- Nic mi nie jest. – dodał spokojniej. Podszedł do odtwarzacza CD i włączył piosenkę od początku zaczynając ponownie powtarzać układ. Odsunąłem się i nadal nie mogłem pojąć jak on to robi, że wciąż ma na to siłę. – Już dawno przekroczyłem granicę wytrzymałości swojego ciała. – odpowiedział jakby wiedząc, że dręczy mnie odpowiedź na to pytanie. Nie przestawał mnie zaskakiwać…
- Jak to… przekroczyłeś… granicę? – powtórzyłem niepewnie.
- Normalnie. – uciął, po czym zatrzymał się i wyłączył muzykę. Słaniał się na nogach, ale twardo trzymał się pionu. Sięgnął po butelkę z wodą i podszedł do mnie. Usiadł na podłodze i oparł plecami o lustra. Przysiadłem się do niego, ale usiadłem przodem, tak abym mógł na niego patrzeć. Wziął łyka napoju i zerknął na mnie. – Widzisz… każdy człowiek ma tak zwaną barierę, granicę. Jego ciało składa się z wielu czynników. Ale jednym z ważniejszych jest wytrzymałość. Do pewnego stopnia każdy jest w stanie funkcjonować bez większego odpoczynku. Ale przyjdzie taki moment, kiedy ciało człowieka osiąga okres kryzysu i nie jest w stanie „grać w życie dalej”… Wtedy zazwyczaj pojawia się taki problem, jaki masz aktualnie Ty. – spojrzał na mnie i posłał mi krótki uśmiech. Ponownie spoważniał i mówił dalej. – Jednak to nie jest mur nie do przebicia. Można pokonać tą barierę, ale tylko wtedy, jeśli ma się odpowiednią motywację i jest się zdecydowanym i upartym, że chce się dalej walczyć. Trzeba mieć duże ambicje i potrafić się zaprzeć. Wiesz.. „Po trupach do Celu” – zacytował. Byłem oszołomiony. Mówił to z taką lekkością i naturalnością, jakby katowanie swojego ciała nie robiło dla niego większej różnicy… - Wiem, co się z Tobą dzieję. Widzę to.. – dodał.
- T-to widać? – wystraszyłem się, gdyż pierwsze, co przyszło mi do głowy było to, iż trener też to widział i uzna, że się nie nadaję…
- Nie. – odparł z uśmiechem na twarzy. – Po prostu… to tylko ja. Widzę takie rzeczy, sam to kiedyś przechodziłem. – Jongin i kryzys? Nie mogłem tego przyswoić do wiadomości. Był najsilniejszą osobą, jaką znałem. I nie chodziło mi o siłę fizyczną. Miał rozbudowany umysł i siłę wyobraźni. Nikt nie miał w sobie tyle samozaparcia i tak wygórowanych celów i ambicji, co on. – Dlaczego mi się tak przyglądasz? – roześmiał się. – Tak. Wyobraź sobie, że ja także jestem człowiekiem, też miewam chwile słabości.
- Nie widać tego po Tobie.. – wydukałem.
- Ach, to także wiem. Bawię się w poskramianie siebie już od kilku lat, zdążyłem zapanować nad pokazywaniem swoich prawdziwych emocji tak samo jak funkcjonowanie mojego ciała. Wystarczyło, że się przełamałem raz, drugi, trzeci. Potem samo już tak wyszło… - podrapał się w tył głowy.
- Rozumiem… - spojrzałem na zegar ścienny. – Jest naprawdę późno… Nie powinieneś iść już spać? Musisz odpocząć, jutro mamy wcześnie trening… - roześmiał się. Powiedziałem coś śmiesznego?
- Hyung.. Czy Ty mnie w ogóle słuchałeś? – spytał i podniósł się z parkietu. – Mnie nic nie będzie, martw się o siebie. Wyglądasz jak cień... Powinieneś odpocząć, dobranoc. – ukłonił mi się lekko i zostawił mnie samego na pustej salce. Siedziałem tak jeszcze przez dłuższą chwilę i mrugałem nerwowo. Podniosłem się w końcu i wróciłem do swojego pokoju.
Tej nocy nie zmrużyłem oka. Miałem odpocząć, a tymczasem nie mogłem zasnąć. Sen nie miał zamiaru się pojawić nawet na moment. Leżałem, gapiłem się tępo w sufit i analizowałem wszystko to, co powiedział mi dzisiaj Jongin. Jakoś nad ranem, poczułem dziwną siłę i chęć walki. Nie pojmowałem tego, ale kiedy słońce wschodziło, ja zasnąłem na godzinę, bo później obudził mnie szturchający moje obolałe ramię Suho.
- No wstawaj wreszcie! – krzyknął. – Jeśli się nie ogarniesz w przeciągu pięciu minut, to spóźnimy się na trening! – no pięknie. Zwlokłem się niechętnie z łóżka i skierowałem swoje kroki do łazienki. Miałem sine wory pod oczami, które z powodu braku snu kleiły się do siebie. Obmyłem twarz zimną wodą, co pozwoliło mi się nieco rozbudzić. Wyszliśmy z pokoju i na ostatnią chwilę weszliśmy na salkę. Rozejrzałem się. Byli już wszyscy, a co w sumie nie powinno mnie zaskoczyć, Jongin był już spocony. Grzywka znowu kleiła mu się do czoła, a jego oddech był niemiarowy i przyspieszony. No tak, ten już miał od rana swój własny trening. Kiedy on się w ogóle wysypia? Pokręciłem z niedowierzaniem głową. Brunet uśmiechnął się do mnie i pomachał na powitanie.
Dzisiejszy trening był nieco lżejszy i nie wiem czy dlatego szło mi nieco lepiej, czy też z innego powodu. A w nocy znów zajrzałem do salki, gdzie ćwiczył Jongin. Zignorował moją obecność i tańczył dalej. Przy obrocie ponownie się przewrócił, a ja znów chciałem rzucić mu się na ratunek, lecz przed oczami stanął mi obraz wczorajszej sceny i zrezygnowałem. Chłopak podniósł się i cofając piosenkę do początku próbował ponownie. Przewrócił się jeszcze dwa razy, co wywołało u niego złe samopoczucie. Zatrzymał muzykę i licząc pod nosem powtarzał obrót. Przewrócił się jeszcze kilka razy, przeklinając pod nosem, aż w końcu obrócił się bez najmniejszego problemu. Zatrzepotałem z niedowierzaniem rzęsami. Udało mu się! – krzyknąłem w duchu. Niesamowite. Zrobił to ponownie, a gdy mu wyszło, włączył piosenkę i mógł już bez problemu wykonać całą choreografię.
Nie mogłem wyjść z podziwu, jak on to robił. Skąd czerpał taki ogrom energii i siły, by móc po tylu upadkach wciąż wstawać i próbować do skutku. Ja poddałbym się już po pierwszym…
Zatrzymał się. Oparł ręce na udach i pochylając się do przodu łapał oddech. Rzucił się na parkiet, położył na plecach i zaczął się głośno śmiać. Spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłem szalony błysk.
- Widziałeś to?! – krzyknął radośnie. – Zrobiłem to! Zrobiłem! – powtórzył i ponownie się roześmiał.

*

Od tamtej nocy minęły trzy dni. Przez te trzy dni, docierało do mnie to, co mi powiedział i wiele różnych aspektów. Miedzy innymi pojąłem to, że od tamtej rozmowy coś się we mnie zmieniło. Trudniej mi było zrezygnować, gdy coś mi nie wychodziło. Dopiero teraz pojąłem, że znalazłem swój napęd. Swoją motywację i cel. Wyparowałem z pokoju jak oparzony strasząc przy tym Junmyeona, który coś za mną krzyczał, ale nie skupiłem się na jego słowach. Energicznie zapukałem do drzwi i nie czekając na odpowiedź wparowałem do środka. I od razu zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu szukając drugiego łóżka, jednak wciąż widziałem tylko łóżko na którym siedział Luhan.
- Co jest? – spytał, a gdy nie otrzymał odpowiedzi uśmiechnął się i dodał. - Jongin śpi. – wskazał palcem gdzieś za mnie. Obejrzałem się i dopiero wtedy zobaczyłem stojące w kącie, za otwartymi drzwiami łóżko. Jongin spał pod samą ścianą, plecami opierając się o nią. Oddychał spokojnie, lewą rękę trzymał na poduszce, a prawa zwisała mu lekko z łóżka. Uśmiechnąłem się i podszedłem do niego. Pochyliłem się i okryłem go kołdrą, która się z niego zsunęła. Wstałem i spojrzałem na Luhana.
- Powiedzieć mu, że byłeś? – spytał.
- Nie, nie. Przyjdę później. – odparłem i zniknąłem za drzwiami. Zdążyłem ujść kilka kroków, gdy usłyszałem za sobą znajome, zaspane… „Hyung!”
- Luhan Cię obudził? – spytałem gotów skarcić blondyna za tę niecną czynność.
- Nie, nie. – zaprzeczył. – Obudziłem się zaraz po Twoim wyjściu, więc powiedział mi, że byłeś. Coś się stało? – spytał.
- Em… - zaciąłem się. Jeszcze chwilę temu byłem gotów mu to powiedzieć. Ale teraz zacząłem się wahać. – No bo… - widząc moje zachowanie pokręcił głową, złapał za nadgarstek i pociągnął w stronę windy. Po chwili byliśmy już na dachu. Usiadł i poklepał miejsce obok siebie, więc usiadłem.
- O co chodzi? – spytał i spojrzał w niebo mrużąc przy tym oczy. – Wiem, że coś się stało, a przede mną tego nie ukryjesz. – zaśmiał się. – Więc?
- Chcę… - zaczął, ale wstrzymałem  oddech i zacząłem analizować w głowie to, co chcę mu powiedzieć.
- Aish! No wyduś to wreszcie! – ponaglał.
- Pomóż mi. – wydukałem w końcu. Spojrzał na mnie pytająco.
- W czym? – spytał i skrzyżował ręce na piersi. Zawahałem się. Ale nie! Teraz albo nigdy!
- W przełamaniu bariery.
- Wiesz, że to nie będzie takie proste? – wstał, włożył ręce do kieszeni i spojrzał gdzieś w dal lekko mrużąc oczy. Również wstałem i stanąłem przodem do niego, wpatrując się w niego jak w bóstwo. Złapałem go za rękaw bluzy i ścisnąłem na nim mocno palce.
- Wiem. – uciąłem. – Ale mam Ciebie. Z Tobą mogę wszystko. – spojrzał na mnie z zadziornym uśmiechem.
- Myślisz, że ja Ci wystarczam? – przez moment analizowałem to pytanie, by dopiero po chwili móc dać na nie dobrą odpowiedź.
- Dużo myślałem o tym, co mi powiedziałeś wtedy w nocy. Nie mogłem od tamtego czasu spokojnie spać. Od tamtej nocy zacząłem też inaczej się zachowywać. Im częściej widziałem Cię jak ciężko pracujesz, ile masz w sobie siły i energii niewiadomego pochodzenia i jak uparcie dążysz do wyznaczonego celu łamiąc wszelkie prawa ludzkiego ciała.. Powoli docierało do mnie, że jesteś moim… jak to sam powiedziałeś.. kołem napędowym. Zrozumiałem, że dzięki Tobie mogę wszystko.– wziąłem głęboki oddech. - Dlatego też proszę Cię, o pomoc.
Odwrócił wzrok i znów spojrzał w niebo. Wziął głęboki wdech i dopiero po chwili wypuścił powoli powietrze z płuc. Stanął do mnie przodem, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał mi prosto w oczy.
- Daj z siebie wszystko. – szepnął z uśmiechem i ruszył w stronę drzwi. – Dzisiaj o dwudziestej trzeciej! – rzucił na odchodne i zniknął za drzwiami.

*

Po tej rozmowie już nigdy nie dałem za wygraną. Robiłem wszystko, aby pokonywać każdą przeszkodę, jaka stawała mi na drodze. Stawiałem jej czoła i przeważnie ją pokonywałem. Już nigdy nie pozwoliłem sobie na zrezygnowanie z walki, z wyznaczonego celu. Zacząłem stawiać sobie wygórowane poprzeczki i nawet nie wiem kiedy, zacząłem dobijać do swego tak, jak on. Bo… Dzięki niemu, naprawdę mogłem wszystko.

środa, 2 października 2013

Be The Light

Tytuł: Be The Light
Paring: KaiSoo
Długość: Chaptered
Rodzaj: dramat, romans

Prologue.


Duże krople deszczu uderzały o parapet wybijając szybki rytm, któremu towarzyszyło przyspieszone bicie chłopca. Siedział w kącie schowany za zasłoną, zaciskał dłonie na ramionach i chował twarz. Na próżno starał się opanować cieknące po jego policzkach łzy i drżenie ciała. W tym momencie nie mógł pojąć tego, dlaczego to właśnie jego życie jest takie, a nie inne. Dlaczego jego tata nie jest taki sam jak wszystkich innych chłopców, dlaczego nie traktuje go tak jak inni ojcowie swoje dzieci. Nie mógł zrozumieć, dlaczego rówieśnicy, którzy mogliby być jego przyjaciółmi śmieją się i wytykają go palcami. Chciał być jak inni. Chciał mieć normalną, kochającą się rodzinę i spokojny dom. On jednak siedział na strychu, za podartą starą zasłoną, zawieszoną przy jedynym oknie na poddaszu kamienicy zwanym strychem. Drżał i chciał zniknąć, nie wiedział, co ma z sobą zrobić i gdzie się podziać… Jedyny chłopak, na którego zawsze mógł liczyć wyprowadził się do sąsiedniego miasta, a jego nie było stać na bilet, aby do niego pojechać. Nie miał też jak zadzwonić, bał się, że teraz ich przyjaźń, jaką udało im się stworzyć przez rok, zniknie prędzej, niż się pojawiła… Tylko on jeden wiedział, co tak naprawdę działo się u Kyungsoo… Tylko Jongin znał prawdę…

Otarł wierzchem dłoni ściekające łzy z policzka i pociągając nosem spojrzał na szybkę, po której spływały stróżki wciąż padającego deszczu.
- Mamo… - szepnął ochrypłym od płaczu głosem. – Dlaczego Cię nie ma?

niedziela, 7 lipca 2013

Our Common Breath

Tytuł: Our Common Breath
Paring: KaiSoo
Długość: One Shot
Rating: Romance, Psychologiczny, Dramat







Miłość.
Miłość to błędne pojęcie przyjęcia za świat jednej osoby, którą chcemy czcić i wyznawać wmawiając samym sobie, że to właśnie dzięki tej osobie żyjemy, oddychamy. Oszukujemy się, że ta osoba jest sensem naszego istnienia. Tylko… Co, jeśli naprawdę tak jest? Co jeżeli bajeczka o miłości będącej jednym człowiekiem, w którym pokładamy nadzieję jest prawdziwa?

*

Był środek ciepłego, słonecznego lata. Sen spędzany był z powiek chęcią uczestniczenia w każdej miejscowej zabawie. Każdy spędzał dnie na dworze, biegając razem z przyjaciółmi.  Grając w tenisa, piłkę nożną, jeżdżąc na rolkach, kąpiąc się w basenie, wyjeżdżając nad morze, czy lecąc na Florydę. Wakacje podczas gorącego, pięknego lata są wspaniałą sprawą. Niestety. Nie dla wszystkich mogą one być tak wspaniałym, dobrze spędzonym w gronie przyjaciół czasem.
Kim Jongin.
Dwudziesto-letni chłopak. Całe życie przed nim. Powinien być radosnym, pełnym życia chłopakiem, który cieszy się z samego sensu istnienia świata. Tymczasem Kai jest w ponurym pokoju i śpi. Nawet nawoływania jego starszego chłopaka nic nie dają.
Kyungsoo, dwudziesto-dwu latek, ukochany młodszego, budzi go tylko na posiłki. Tylko po to, aby Jongin nie umarł z głodu. Choć nawet to graniczy z cudem. Obudzenie go ze snu jest szaleństwem. Kiedy D.O udaje się go wyciągnąć z łóżka, często bywa tak, że wybudzony chłopak jest opryskliwy i często mówi rzeczy, których normalnie by nie powiedział. Z początku Kyungsoo cierpiał z każdym jego ostrym słowem, jednak potem zauważył, że Jongin niczego nie pamięta. Po tym zaobserwowanym zjawisku zrozumiał, że nie warto się tym przejmować. Dbał o swojego ukochanego jak tylko mógł najlepiej i starał się stworzyć mu jak najlepsze warunki do funkcjonowania.

*

~Jongin~


Jestem chory.
Ale nie fizycznie.
Mam chorą głowę.
Przynajmniej ja to sobie tak tłumaczę…
To bardziej skomplikowane, niż może wam się wydawać.
Gdyż mam dwa oblicza.
Jedno jest moje, prawdziwe. To, które wszyscy znają i uwielbiają.
Drugie jest natomiast tą gorszą odsłoną mojej duszy.
To jest tak, jakbym podczas snu nie był sobą. Albo przynajmniej nie uczestniczył we własnym życiu. To tak, jakbym stracił pamięć z minionych dwóch tygodni. Jakby wycięto mi je z życia. Nic nie pamiętam kiedy się budzę. Jestem zmartwiony, że choruję na tę chorobę, ponieważ wiem, jak wiele rzeczy mnie omija. Jak wiele rzeczy, które chciałbym zrobić ulatuje z podmuchem wiatru…

*

~Kyungsoo~



Jongin jest chory. Nieuleczalnie chory. Ma syndrom Klein ’a Levin’a. Polega on na tym, że chłopak zasypia. Najnormalniej w świecie zasypia. Tylko, że jego sen trwa nawet dwa tygodnie i nie idzie go obudzić. Owszem, budzi się go na posiłki, ale poza tym, nawet głośny odkurzacz nie jest w stanie go obudzić. Kai często zadaje sobie pytanie, dlaczego właśnie on. Dlaczego właśnie jego to spotkało? Choroba, która dopada ok. 1000 osób na świecie musiała przyjść właśnie do niego…

piątek, 19 kwietnia 2013

Forever Without You.

Epilog kończący Love Like A Wind.
Tytuł: Forever Without You
Paring: Kaisoo
Rodzaj: Dramat
Rating: G






Drogi Pamiętniku,
Co powinienem teraz zrobić?
Zasnął.
Już się nie obudzi.
Zostałem sam.
Na zawsze.
Na wieczność.
Bez niego.
Choć błagałem.
Nie został.
Nie mógł.
Nie był w stanie.
Odszedł, a ja nadal go kocham.

Jak każdego dnia, rozpocząłem dzień poranną kawą z mlekiem, w kuchni przy blacie, oglądając wiadomości. Pochłaniałem kolejne wartości odżywcze jedząc tost z dżemem. Pomyślałby ktoś, że tost może tak ciężko przechodzić przez gardło ? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłem coś z apetytem…
Po śniadaniu znowu czułem się zmęczony. Udałem się więc do salonu i położyłem się na kanapie przykrywając kocem. Włączyłem telewizor i zacząłem skakać po kanałach. Nagle zatrzymałem się na wiadomościach i podniosłem się lekko na łokciach. „ Kolejny niewyjaśniony pożar…” – pomyślałem. Opadłem z powrotem na poduszki i zamknąłem oczy. Tak bardzo chciałem zniknąć. Brakowało mi krzątaniny Kyungsoo w kuchni i stukania wycieranych talerzy, szumu wody w zlewie… I znowu zasnąłem, przesypiając kolejne dwadzieścia cztery godziny.
Po przebudzeniu jak co dzień, który okazał się być nocą, wstałem po pamiętnik i zacząłem wpatrywać się tępo w pustą kartkę.


Drogi Pamiętniku,
To staje się zbyt oczywiste.
Co takiego?
To, że się zagubiłem. 
Zatonąłem.
Tonę w rzece bez dna i duszę się brakiem powietrza.
Dziś zapragnąłem znów oddychać, jednak nie wiedziałem jak to zrobić.
Chciałbym ponownie nauczyć się oddychania…

wtorek, 9 kwietnia 2013

Love Like A Wind, cz. 3. OST.

Tytuł: Love like a wind.
Paring: Kaisoo
Rodzaj: Dramat
Długość: Three parts





Dzień zapowiadał się pięknie. Słońce zawisło wysoko na niebie, przedzierając się zadziornie przez firanę w jego pokoju. Przeciągnął się, ziewnął i przetarł oczy siadając na łóżku. Rozejrzał się i zawiesił wzrok na zegarku. Widząc, że ten wybija dopiero siódmą rano ucieszył się i postanowił choć raz zrobić Kyungsoo niespodziankę. Szybko się umył, przebrał i zszedł na dół kierując się od razu do kuchni. Otworzył lodówkę i dokładnie zaczął przeglądać jej zawartość. Nie był jakimś wybitnym kucharzem i wolał nie sprawdzać swoich umiejętności kulinarnych na Kyungsoo. Postanowił więc, że zrobi zdrowe, pożywne i kolorowe kanapki. Wyjął z lodówki pomidory, ogórki, sałatę, ser i szynkę. Poszukał też kilka rzodkiewek i szczypiorek. Wstawił wodę na herbatę i wziął się za robienie kanapek. Nucąc sobie pod nosem jedną  ze swoich ulubionych piosenek poruszał się po kuchni tanecznym krokiem. Nawet nie zauważył, kiedy D.O stanął w drzwiach kuchni i oparł się o ich framugę ramieniem. Kiedy właśnie robił półobrót po talerz na kanapki dojrzał stojącego w drzwiach bruneta i o mało nie wypuścił talerza z rąk.
- Wystraszyłeś mnie. – roześmiał się i podszedł do przyjaciela. Złapał go delikatnie za rękę i pociągnął w stronę  stołu. Odsunął mu krzesło i posadził na nim. Postawił talerz z kanapkami na środku stołu i zalał herbatę. – Mam nadzieję, że będzie Ci smakować.
- Na pewno, dziękuję. – uśmiechnął się i zabrał za jedzenie. – Poszedłbyś ze mną gdzieś dzisiaj?
- A gdzie? – spytał z uśmiechem Jongin pochłaniając kolejną kanapkę.
- Myślałem o… Wesołym miasteczku.. Zawsze chciałem do niego iść.. Albo marzyło mi się spróbować jazdy konno.
- Wesołe miasteczko? Chcesz tam dzisiaj iść? – Jongin spoważniał na chwilę. Czy to aby byłby dobry pomysł? W końcu to miejsce jest męczące… Zwątpił, czy jest ono odpowiednie właśnie dla jego ukochanego. Jednak po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że nie powinien mu zabraniać czegoś, o czym marzył. Chciał iść więc dobrze, pójdzie…
- Dobrze, możemy jechać dzisiaj do wesołego miasteczka. Myślę, że może być zabawnie. – uśmiechnął się blado i dopił herbatę. – Dzisiaj ja dyżuruję w kuchni, więc Ty idź się przygotuj, a ja posprzątam. – nakazał mu i wziął się za zbieranie naczyń ze stołu.
- Ok, ale… - Kyungsoo ledwo powstrzymywał śmiech. – Obiad też masz zamiar ugotować?
Jongin zatrzymał się w połowie drogi do zlewu, jakby analizując pytanie przyjaciela i spojrzał na niego.
- Może jednak obiad sobie podaruję… - oboje roześmiali się. Kai zaczął zmywanie, a D.O ruszył po schodach do swojego pokoju, aby wziąć prysznic i się przebrać.

Patrzył na niego tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz go zobaczył. Sam dziwił się, że tak szybko to wszystko minęło. Kiedy zdążył go tak pokochać? To w ogóle normalne, możliwe? A może… Może po prostu byli sobie przeznaczeni? Właśnie siedzieli na jednej z ławek przy dużej fontannie, robiąc sobie niewielką przerwę między atrakcjami w wesołym miasteczku. Kyungsoo właśnie zajadał lody bakaliowe i niespostrzeżenie ubrudził sobie nimi nos i prawy kącik ust. Jongin zaśmiał się, co zwróciło uwagę chłopaka.
- Co? Co Cię bawi? – spytał zdezorientowany D.O.
- Ty. – odparł i ponownie się zaśmiał. Kyungsoo uniósł jedną brew do góry i zaczął przyglądać się śmiejącemu Jonginowi. – Zobacz… - szepnął Kai i wytarł palcem nos chłopaka z białej mazi lodowej.
- Och! – tym razem i Kyungsoo zaczął się śmiać. Jongin jednak to zignorował i delikatnym ruchem przetarł zabrudzony kącik ust towarzysza, co całkowicie rozproszyło chłopaka. Przesunął palcem po jego dolnej wardze i zatrzymał się na podbródku. Kyungsoo patrzył na niego, a on czuł, jakby nikogo oprócz nich tam nie było. Tak jakby cały ten świat przy nim znikał... Pochylił się nad nim i powoli zbliżał, by chwile później złożyć na jego ustach czuły pocałunek. Odsunął się od niego, uśmiechnął i złapał go za rękę. Pociągnął w stronę kasy i zapłacił za przejażdżkę na diabelskim młynie. D.O szczęśliwy zajął miejsce w jednym z wagoników, przytulił się do siedzącego obok Jongina i zamknął oczy…
Lubił patrzeć na jego uśmiechniętą twarz i czuć jego dotyk. W końcu młyn stanął na najwyższym punkcie. Kyungsoo otworzył oczy i spojrzał na całą widoczną okolicę, zawsze chciał podziwiać ją z daleka, zobaczyć w całej okazałości. Była taka piękna… Jongin ścisnął mocniej jego dłoń i spojrzał na niego czule. D.O uśmiechnął się szeroko i podekscytowany tym wszystkim, co właśnie było mu dane zobaczyć spojrzał na Kaia z nadzieją w oczach.
- Zróbmy sobie zdjęcie – wyszeptał.
- Ok. Ale czekaj, że teraz? – spytał tancerz.
- Tak, tak! Właśnie teraz, zróbmy je. – ponaglał go brunet.
- Dobrze, dobrze. – uśmiechnął się Jongin i wyjął telefon. – Już robię.

Wsiedli jeszcze do kilku karuzeli, aż w końcu Jongin rozbawiony zaciągnął Kyungsoo na karuzelę, która miała siedzenia w kształcie postaci z bajek, kucyków, była kolorowa i pięknie oświetlona, jeździła w kółko, spokojnie i delikatnie. Gdy na nią wsiedli, byli najstarszymi, którzy na niej pojechali, ale D.O był naprawdę szczęśliwy. Uśmiechał się i ściskał Kaia za rękę. Przytulił się do niego i przysnął.
Gdy tylko zeszli z karuzeli D.O chciał jeździć dalej, jednak Jongin namówił go, by wrócili do domu. Widział przecież, jak brunet jest zmęczony.
Po powrocie zjedli obiad, a zmęczony Kyungsoo położył się na kanapie i zasnął. Widząc to, Kai uśmiechnął się pod nosem i okrył go kocem. Sam usiadł obok, na fotelu i wpatrując się w śpiącego D.O w końcu sam zasypia.
Poczuł czyjś ciepły dotyk na swojej dłoni. Otworzył powoli oczy i zobaczył kucającego przy nim Kyungsoo, który wciąż okryty kocem jedną ręką trzymał go oplecionego przy szyi, a drugą gładził dłoń Jongina. Kai rozbudził się i wyprostował.
- Pójdziesz ze mną na chwilę na dwór? – spytał Kyungsoo uśmiechając się spokojnie. Jongin przytaknął, wziął go za rękę i poszedł za nim. Wyszli przez taras, zeszli na trawę, a wtedy D.O rozłożył koc na trawie i usiadł. Jongin przysiadł się obok niego, a po chwili oboje leżeli obok siebie i wpatrywali się w gwiazdy. Jongin leżał przytulając do siebie D.O i gładził jego ramię.
- Wiesz co? Niebo naprawdę jest dziś niesamowite. – szepnął do niego. Kyungsoo spojrzał na niego zaciekawiony.
- Dlaczego? – spytał brunet.
 – Bo… Niebo wygląda dziś jak brokat na Twojej bluzce. – Kyungsoo zerknął na swoją bluzkę i ponownie spojrzał na ukochanego uśmiechając się szeroko. – Dlatego jest takie piękne.
Jongin powiedział to i pocałował go w czubek głowy. Leżeli tak jeszcze przez chwilę, aż chłopak nie zasnął. Kai uśmiechnął się sam do siebie i wziął go delikatnie na ręce, przeniósł do sypialni, okrył kołdrą i położył obok niego. Zasnęli w mgnieniu oka wykończeniu wspaniałym, pełnym wrażeń i radości dniem.
Następnego ranka Jongin miał już przygotowaną niespodziankę. Kanapki uszykowane i spakowane, koc, wszystko było gotowe i tylko czekało, aż Kyungsoo zejdzie na dół.
Kiedy chłopak pojawił się na schodach Kai od razu podbiegł do niego, przytulił i szepnął coś do ucha. Brunet uśmiechnął się czule i pozwolił się prowadzić przyjacielowi. Jongin zawiązał mu opaskę na oczach i pomógł wsiąść do samochodu. Jechali spokojnie wystawiając twarze do słońca przez otwarty dach. Jongin prowadził spokojnie wóz i spoglądał co jakiś czas na partnera uśmiechając się pod nosem.
Kiedy samochód się zatrzymał, Jongin wysiadł, pomógł Kyungsoo i delikatnie zdjął opaskę, z jego oczu. D.O rozejrzał się dookoła z otwartą buzią z wrażenia.
Malowniczy krajobraz szerzący się u stóp urwiska, przeplatający się wszystkimi kolorami zieleni sprawiał pozory pradawnej puszczy nie zbadanej ludzką stopą. Właśnie w tym miejscu biorąc głęboki wdech przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca człowiek czuł się wolnym od zmartwień. Woń lasu, rosy, sosnowego, wilgotnego drewna pod dłońmi... Właśnie taki zapach miała wolność i lekkość ducha.
Jongin trzymał ciężkie wysokie buty w dłoni. Szedł powoli w stronę radosnego Kyungsoo, szurając nogami, pozwalając rosie chłodzić gołe stopy. Minęli pensjonat. Stary, murowany dwupiętrowy domek, z przekrzywionym drewnianym szyldem. Popękane blade ściany, w wgłębieniach których piął się dziki bluszcz dodawały mu uroku. Sprawiał wrażenie opuszczonego, przez ciszę bijącą z jego wnętrza. Żadnych krzyków rozbieganych dzieci, nadmiaru turystów, tłoku. Zapomniane ranczo przez zwiedzających tutejsze okolice, było wymarzonym miejscem, by skupić się wyłącznie na spędzeniu poza domem niezapomnianych chwil razem. Kai sam nie wiedział skąd znał to miejsce, nie pamiętał. Jednakże miał zapisane je w pamięci jako jedno z najbardziej wyjątkowych i zapragnął podzielić się nim właśnie z Kyungsoo, który teraz stał przy drewnianej barierce i cmokaniem próbował przywołać do niej jednego z biegających za nią koni. Jongin podszedł do niego od tyłu i przytulił się do jego pleców. Zamknął oczy i wciągnął zapach jego perfum.
- Chcesz spróbować? – spytał szepcząc mu do ucha. D.O ożywił się i spojrzał na Kaia z niesfornymi iskierkami w oczach.
- Ale czego?
- No… Pytam czy… chciałbyś się przejechać.
- Na nim? – spytał Kyungsoo wskazując na czarnego, dostojnego konia za ogrodzeniem.
- Na nim. – przytaknął.
- Oczywiście, że chcę! – Przytulił się do Kaia i pocałował go w szyję. – Dziękuję…

Jongin trzymając mocno dłoń bruneta prowadził go w stronę konia przyozdobionego już w siodło. Przykucnął i robiąc koszyczek z rąk czekał na to, aby podnieść Kyungsoo do góry i ułatwić mu wejście na wysokiego ogiera. Kiedy D.O siedział już w siodle, Kai złapał za wodzę i spokojnym krokiem ruszył przed siebie. Kyungsoo widząc to, co się dzieje otworzył buzię i szeroko się uśmiechnął. Po chwili zaczął się śmiać radośnie i wystawiać twarz do słońca.
- A Ty nie jeździsz? – krzyknął do prowadzącego konia Kaia.
- Nie… Wolę prowadzić Ciebie. – odparł z uśmiechem i prowadząc dalej konia zaszedł na ogromną, wolno rosnącą łąkę. Przywiązał konia do drzewa i pomógł Kyungsoo zsiąść. Wziął go za rękę i pobiegł przed siebie, prosto w wysokie trawy. Rzucił się na ziemię ciągnąc towarzysza za sobą. D.O upadł kładąc się na Jonginie. Ten uśmiechnął się tylko radośnie do bruneta i przegarnął mu włosy, po czym wpił się w jego usta.
- Kocham Cię… - wyszeptał mu do ucha i złożył na jego szyi czuły pocałunek.
Zaczęło się ściemniać, nawet nie zauważyli kiedy ten czas minął. Wzięli więc wszystko i dziękując za konia i możliwość przejażdżki wsiedli do wozu i ruszyli do domu. D.O przespał całą drogę powrotną, więc Kai musiał go budzić, gdy wrócili do domu. Weszli do kuchni i planowali zrobić sobie kolację jednak plany uległy zmianie, gdy Jongin złapał w ostatniej chwili mdlejącego Kyungsoo.
- D.O? – spytał nerwowo. – Kyungsoo!
- Mm… - chłopak zamruczał, a na jego twarzy pojawił się grymas. Kai pocałował go w czoło sprawdzając tym samym stan jego temperatury.
- Jesteś strasznie rozpalony… - szepnął, wziął go na ręce i zaniósł na górę, do jego pokoju. Ułożył go delikatnie w łóżku i pobiegł do łazienki po miskę z zimną wodą i ręcznik. Zamoczył go w lodowatej wodzie i zaczął przykładać chłopakowi do czoła.
Przez bitą godzinę robił wszystko, by uciążliwa i męcząca gorączka zniknęła. Niestety, na marne. Za to Kyungsoo znów dostał napadu duszności i ponownie pluł krwią. Jongin usiadł obok niego i gładził go po głowie.
- Shh… - przytulił uspokajającego się już chłopaka do piersi i lekko kołysał się z nim w przód i tył. D.O jednak wykończony opadł na poduszki i znów zaczął kaszleć. Kiedy wreszcie się nieco uspokoił, nabrał powietrza do płuc i anemicznie wyciągnął rękę w stronę Jongina. Ten uchwycił ją od razu i mocno ścisnął.
- Wiele razy wspominałem ten dzień.Pamiętasz go? Bo ja tak. Pamiętam go tak, jakby to było wczoraj… Czekaj… To było wczoraj, prawda? – Jongin pokiwał przytakując głową. - Leżeliśmy pod gołym niebem wpatrując się w gwiazdy. Powiedziałeś mi wtedy, że już zawsze patrząc na nie będziesz myślał o mnie. Powiedziałeś: „ Niebo wygląda dziś jak brokat na Twojej bluzce. Dlatego jest takie piękne.” Wciąż pamiętam tę noc, to było wczoraj. Dla mnie już zawsze zostanie w sercu tamto wczoraj.
Jongin przygryzł dolną wargę próbując stłumić nadchodzący płacz i próbujący wydostać się z jego gardła krzyk rozpaczy.
- Pamiętam też ten dzień, gdy pierwszy raz spojrzałeś na mnie w ten sposób. To był piękny dzień, udany. Nawet bardzo udany. – Kyungsoo uśmiechnął się blado i zakaszlał.
- Wyszeptałeś mi wtedy do ucha, bym został, bo właśnie tego potrzebujesz. A ja, widząc Twoją twarz z czystym sercem zostałem…  - wydukał Kai i ścisnął mocniej jego dłoń.
- Pamiętam tę noc i moment, w którym przesunąłem dłonią po Twoim policzku ocierając słoną łzę. Z mojego powodu. Wiedziałem o tym. – wyszeptał. –Wtedy zobaczyłem w Tobie to, czego do tamtej pory nie dostrzegłem w nikim innym. – D.O ruszył ręką i zaczął sięgać po coś z szafki nocnej, jednak sprawiało mu to trudność. Znowu zaczął się dławić. Jongin przybliżył się do niego, objął ramieniem i zaczął go lekko poklepywać po plecach, co jakiś czas masując je. Przygryzał wargi, aby hamować dźwięki i krzyki, które chciały ogłaszać protest.
- Co mam Ci podać? – spytał zatroskany starając się zachować zimną krew i spokojny ton głosu.
- Zeszyt… - szepnął brunet. Kai sięgnął więc do szuflady po ciemnobrązowy, skórzany zeszyt owiązany dwa razy czarnym skórzanym paseczkiem. – Przeczytaj. – dodał Kyungsoo i opadł spokojnie na poduszki. Jego oddech był przyspieszony, a on sam próbował nad nim zapanować, co wychodziło mu kiepsko. Jednak naprawdę się starał.
Jongin patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym otworzył zeszyt i zaczął go oglądać.
- Od końca, czytaj od końca… - dodał Kyungsoo i położył mu rękę na kolanie. Kaia przeszedł przyjemny dreszcz, ale wziął się za czytanie starannych zapisek przyjaciela.

„Poczułem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem.
I już wiedziałem, byłem pewien, że kocham Cię najbardziej na świecie. 
Zrozumiałem tamtej nocy, że jesteś wszystkim, czego potrzebuję.
Twoje zmęczone, czekoladowe oczy, w których tonąłem co wieczór.
Były wszystkim tym, w czym tonąć chciałem.
Twój głos był tym, którego chciałem słuchać już zawsze.
A Twój zapach… Twój zapach chciałem pamiętać na wieki.”

- Dałbym wszystko za to abyś.. – głos Jongina urwał się w połowie zdania, nie był w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa więcej. Gula, która teraz była w jego gardle jednak stała się najmniej ważną rzeczą. Spojrzał na wykończone ciało Kyungsoo, na jego zamknięte, opuchnięte oczy. Był taki blady, a jego dłoń, którą jeszcze chwilę temu ściskał, ledwo go teraz trzymała. Odłożył zeszyt i złapał bladą dłoń ukochanego dwoma rękami. Pot przestał już ściekać mu z czoła, a oddech zwolnił i uspokoił się. Puls miał coraz słabszy…

Miałem wrażenie, że to sen.
Paskudny koszmar, który skończy się gdy tylko otworzę oczy.
Niestety, tej nocy robiłem to wiele razy, nie pomagało.
Wciąż leżałeś bez ruchu na aksamitnej pościeli, koloru gwieździstego nieba.
Dotknąłem Twojego policzka, a droga, którą musiała pokonać moja dłoń, była jedną z najtrudniejszych, jaką pokonywała do tej pory.
Drżałem.
Trząsłem się ze strachu o Twoje życie. O to, co będzie dalej.
Co mam zrobić?
Zamknąć oczy i czekać, aż zaśniesz?
- Kyungsoo… Kocham Cię. – wyszeptałem. Miałem ochotę wykrzyczeć to całemu światu i zapytać się, dlaczego Bóg jest taki niesprawiedliwy.
- Jongin… - nagle usłyszałem Twój ledwo słyszalny szept. Pochyliłem się więc nad Tobą, by móc lepiej Cię usłyszeć.
- Kocham Cię...
Poczułem silne ukłucie w klatce piersiowej. Czułem jak cały drżę. Czy to możliwe, aby serce pękało z żalu?
- To.. – mówiłeś dalej – to były najpiękniejsze cztery dni, jakie miałem w życiu. Zechciałeś mi je podarować. Przyjmę je jako… - znów zacząłeś kaszleć. Z każdym kolejnym dźwiękiem urywającym się z Twoich płuc czułem, jak przeszywa mnie nieopisany ból. Przestałeś i mówiłeś dalej. – Przyjmę je jako przedwczesny prezent na urodziny…
- Urodziny? – powtórzyłem. Miałeś mieć urodziny? – Kiedy je masz?
- Za… dwa… dni… - wyszeptałeś, a mi zrobiło się dziwnie słabo. – Dziękuję Ci z całego serca… Ale.. Chcę zasnąć, jestem zmęczony… - powiedziałeś. Co mam o tym myśleć? Zaśniesz? Zaśniesz, a jutro rano poczęstuję Cię moimi skromnymi kanapkami, bo nie stać mnie na zrobienie niczego innego?
- Mogę… - zawahałem się. Poczułem, jak głos zaczyna mi się łamać. – Mogę zasnąć przy Tobie?
Nie mogłem pozwolić na to, byś wyczuł mój strach. Nie chciałem, byś się tym martwił. Przecież już dość Ci ciężko. Przytaknąłeś i znów zacząłeś się dławić, a ja znów ponowiłem poprzednią czynność masując Twoje plecy i poklepując je co jakiś czas. Przytrzymując Twoje osłabione, chude ciało miałem wrażenie, że jesteś tak delikatny, tak kruchy, jak skrzydła motyla, które mogą ulec zniszczeniu pod wpływem mojego dotyku. Twoje ciało opadło na mnie bezwładnie. Położyłeś wciąż rozpaloną głowę na moim ramieniu…
- Dobranoc… Jongin. – Zagryzłem sine i ponadgryzane już wargi, by powstrzymać łkanie, które cisnęło mi się na język. A Ty z uśmiechem na ustach zamknąłeś oczy i wtulony we mnie zasnąłeś.
Leżałem tak z Tobą jeszcze przez chwilę trzymając Twoją dłoń, a drugą ręką gładząc Cię po głowie. Wciąż czuwałem. Jednak… Twój oddech zwolnił do minimum, a puls stał się ledwo wyczuwalny.
Twój oddech, którym okrywałeś mój policzek nagle ustał. Zamarłem.
Wpatrywałem się w Ciebie wyczekując jakiejkolwiek reakcji.
- D.O … - szepnąłem. – D.O, obudź się. Słyszysz? D.O! To nie jest śmieszne… - wypowiadając ostatnie zdanie puściły mi nerwy. Poczułem się jak małe dziecko bojące się ciemności, które ktoś zamknął w ciemnej piwnicy. Rozpłakałem się i podniosłem. Usiadłem na łóżku i wpatrywałem się w Twoją spokojną twarz, która była już bez jakiegokolwiek wyrazu. Położyłem Twoją głowę na swoich kolanach. Czułem jak po policzkach spływają mi łzy, a w moich uszach odbijało się moje rozpaczliwe łkanie.
- Otwórz oczy… słyszysz? – szlochałem. – D.O otwórz oczy… Wstań… Kyungsoo… Proszę… - zagryzłem pięść wbijając w nią zęby. – Błagam… wstań…
Pochyliłem się nad Tobą i oparłem głowę na Twojej klatce piersiowej. Ona już się nie unosiła, a ja już nie hamowałem płaczu. Słyszałem jak mój szloch odbija się od ścian i daje mi po twarzy, czułem jak trzęsą mi się ręce. Podniosłem się i wziąłem Twoją twarz w dłonie, pochyliłem się i złożyłem na Twoich chłodnych ustach ostatni pocałunek. Opadłem bezwładnie obok i wtuliłem się w Ciebie odczuwając agonię, która mnie ogarniała. Teraz ja szeptem powiem Ci, abyś został, bo właśnie tego potrzebuję...
- Wróć… - szepnąłem. – Proszę…



Mówi się, że po stracie najbliższej nam osoby, kiedyś w końcu się podniesiemy, że tak miało być. Więc dlaczego to tak bardzo boli? Dlaczego czuję się tak, jakbym stracił sens w życiu? Dlaczego wciąż mam wrażenie, że wybuchniesz śmiechem, podniesiesz się spod mojego ciężaru i zapytasz mnie, dlaczego płaczę. Chciałbym, abyś tak zrobił... Nawet wybaczyłbym Ci tak głupi żart ale...
Ty już nie wrócisz... Prawda?...

środa, 3 kwietnia 2013

Love Like A Wind, cz. 2.


Tytuł: Love like a wind.
Paring: Kaisoo
Rodzaj: Dramat
Długość: Three parts





Jongin patrząc na osłabionego chłopaka nie zastanawiał się długo, zbliżył się i położył rękę Kyungsoo na swoim karku. Wziął go na ręce i zaniósł na górę, do jego pokoju. Ułożył go delikatnie na łóżku i zmartwionym wzrokiem wpatrywał się w bladą twarz przyjaciela. Kyungsoo otworzył oczy i spojrzał na niego spokojnym już wzrokiem.
- Mogę Ci jakoś pomóc? – spytał zatroskany odgarniając włosy z głowy osłabionego D.O. Ten pokręcił tylko głową. – Na pewno? – upewniał się.
- Tak – wychrypiał. -  Pójdę już spać. Dobranoc, Kai. – odparł i odwrócił się na lewy bok. Jongin patrzył na niego jeszcze przez chwilę, wstał i wyszedł zostawiając uchylone drzwi. Ruszył w stronę swojego pokoju szurając nogami po dywanie i rękoma w kieszeni. Stanął przed swoimi drzwiami i obejrzał je dokładnie z góry do dołu i wracając wzrokiem na górę zatrzymał się na klamce. Wyjął prawą rękę z kieszeni i anemicznym ruchem nacisnął ją. Drzwi otworzyły się, a jego oczom ukazało się wnętrze jego przestrzennego pokoju. Wszedł do środka nie zamykając drzwi. Podszedł do łóżka i usiadł na nim bezwładnie opadając. Przeanalizował zajście, które miało miejsce chwile temu i próbował to zrozumieć. „Kyungsoo jest chory?” – przeleciało mu przez myśl. Na to wyglądało. Ba! Był tego pewien! Jednakże nie wiedział na co… Postanowił spytać go o to następnego dnia. Teraz poczuł, jak pod powieki wchodzi mu piasek. Osunął się na poduszki i zasnął…
Obudziła go krzątanina dochodząca z dołu. Otworzył oczy i zaczął intensywnie nasłuchiwać tego, co słyszał jeszcze przed chwilą. To możliwe, że D.O już wstał i szykuje im śniadanie? Przecież wczoraj wyglądał strasznie… I był taki słaby… Jongin usiadł na łóżku i w dalszym ciągu słysząc odgłosy z kuchni postanowił zejść i zobaczyć co się dzieje. Wsunął stopy w czarne kapcie i ruszył w stronę korytarza. Przez zasłonięte w połowie okno do pokoju wdzierał się blask słońca oślepiający lekko jego oczy. Ignorując to jednak udał się na dół, gdzie z każdym kolejnym stopniem schodów dźwięki dochodzące do jego uszu były głośniejsze. Stanął w drzwiach kuchni i zobaczył krzątającego się po niej Kyungsoo, który na jego widok uśmiechnął się serdecznie i sięgnął patelnię z jajecznicą. Postawił ją na stole i gestem ręki zaprosił zaspanego bruneta do stołu. Kyungsoo zmierzył chłopaka wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem. Jongin miał na sobie ciemnoszare spodnie dresowe, w których sypiał, do tego grafitową bluzkę z długim rękawem. Była na niego nieco za duża, albo była rozciągnięta. Ciężko było stwierdzić. Włosy miał w artystycznym nieładzie, co podkreślało jego nieogarnięty wygląd. Kai podrapał się po głowie ziewając i poczłapał w kierunku stołu.
- Dzień dobry. – dźwięk głosu Kyungsoo zadzwonił w jego uszach i odbił się echem kilka razy zanim dotarł do świadomości chłopaka. Jongin spojrzał na niego i uśmiechnął się delikatnie. Siknął głową i zabrał się za jedzenie. – Dobrze spałeś?
- Bywało lepiej, dziękuję. – odpowiedział i wziął kęs do ust. Zmrużył oczy, by ograniczyć dostęp promieni słonecznych wpadających przez okno, które niemiłosiernie kuły go w oczy. D.O widząc to uśmiechnął się rozbawiony, wstał i spokojnym krokiem podszedł do okna. Zasłaniając je spojrzał na Jongina, który przestał mrużyć oczy.
- Lepiej? – spytał.
- Tak, dziękuję. – chłopak uśmiechnął się. – Piękna dzisiaj pogoda, nie spodziewałbym się. Wczoraj było dość zimno…
- Tak, to prawda. Naprawdę dzisiaj pięknie… Mogę… - zaczął niepewnie Kyungsoo – mogę Cię spytać o to, co się wtedy stało?
- Kiedy? – Jongin spojrzał na niego zaciekawiony.
- O ten dzień, kiedy spotkaliśmy się na ulicy…
- Ach, to… - Kai spuścił wzrok i po chwili zawiesił go tępo na kapiącej wodzie z kranu. – To były porachunki mojego brata… Zginął w pożarze naszego domu miesiąc temu i teraz jego „kumple” – nakreślił cudzysłów w powietrzu – łazili za mną i ciągle wołali ode mnie pieniądze. Mój brat miał u nich ogromne długi. Okazało się, że wcale nie pracował tam, gdzie podawał… Kradł dla tych… ludzi i potem oni dawali mu za to pieniądze.
- Czyli przekręty? A oni teraz siedzieli Tobie na ogonie… Rozumiem…
- No… Tak… - przyznał. – Jeszcze raz dziękuję Ci, że wtedy spłaciłeś ten dług… On wcale nie był taki mały, wiem… Bo dwa tygodnie szukałem znajomych, którzy pożyczyliby mi choć jedną trzecią tej kwoty, by dać tym gościom choć zaliczkę i pokazać tym, że spłacę…
- Nie ma za co, naprawdę. To raczej ja powinienem podziękować Tobie, że przyszedłeś tutaj i zdecydowałeś się tu zamieszkać.- Kyungsoo uśmiechnął się i zaczął sprzątać ze stołu.
- D.O… - zaczął Jongin. – słuchaj… bo ja… chciałem… to, co stało się wczoraj w nocy… co to…
- Co mam ugotować na obiad? Na co masz ochotę?– Kyungsoo wyraźnie zmienił temat próbując ominąć to pytanie, więc Kai stwierdził, że nie będzie naciskać. – Albo może jakiś deser?
- Jest świetna pogoda… W sumie… Moglibyśmy chyba zjeść na mieście… - odparł cicho chłopak.
- Dobry pomysł. Chciałbym Cię gdzieś zabrać… - zaczął Kyungsoo i spojrzał wyczekująco na bruneta. – Zaufasz mi?
Jongin wpatrywał się w jego czekoladowe, duże oczy i ten bialutki rządek zębów, które D.O odsłonił delikatnie wyczekując odpowiedzi. Poczuł jak ogarnia go nieopisane uczucie spokoju i ciepło przechodzące przez jego ciało. Nigdy nie czuł czegoś tak niesamowitego… Przytaknął więc i również się uśmiechnął.
- Świetnie. To jeśli chcesz, możesz się spokojnie wykąpać, a ja przygotuję wszystko i pojedziemy, jak tylko będziesz gotowy. – zarządził i wziął się za porządki w kuchni.
- Może Ci pomóc? – spytał Kai.
- Nie, nie. W kuchni lubię być sam… - odpowiedział z uśmiechem i zabrał się za zmywanie.
Jongin wstał od stołu i poszedł do siebie. Stanął przy oknie i wpatrywał się w pustą ramkę na zdjęcie stojącą na półce. Zmarszczył brwi.
- Nic mu nie jest… Ale coś ukrywa… - zaczął mówić do siebie – przecież to mi się nie śniło… to było prawdziwe… więc co jest? – westchnął i zdjął z siebie bluzkę, rzucił ją na łóżko i poszedł do łazienki. Wszedł pod prysznic i puścił wodę.. Jej zimny strumień uderzył w jego kark i zaczął spływać po jego ciele powodując gęsią skórkę. Zamknął oczy, odchylił głowę lekko w tył i pozwolił wodzie zmoczyć swoje włosy…
Gdy wyszedł z łazienki, przebrał się i stanął gotowy przed lustrem. Przegarnął włosy rękę i lekko się uśmiechnął sprawdzając, czy jego uśmiech nie będzie wyglądać sztucznie. Ubrany był w granatową, bawełnianą bluzkę, na którą zarzucił ciemnozielony bezrękawnik. Schował telefon do kieszeni spodni i zszedł na dół. Kyungsoo wyjrzał z kuchni i widząc gotowego przyjaciela uśmiechnął się radośnie.
- Gdybyś mógł, weź proszę to i zanieś do samochodu – wręczył Jonginowi koszyk i koc – a ja pójdę tylko przebrać bluzkę i możemy iść. Brunet wziął od niego to wszystko i wyszedł do samochodu. Zapakował wszystko i usiadł na miejscu pasażera. Kyungsoo po chwili już był na zewnątrz, zamknął dom i usiadł za kierownicą. Ruszyli. Przejechali całe miasto, wyjechali poza jego granice i po przejechaniu następnych kilku kilometrów D.O skręcił w leśną drogę prowadzącą przez środek lasu, na wzgórze. Zatrzymali się w końcu, chłopak zgasił silnik i spojrzał z uśmiechem na Kaia. Byli już prawie na szczycie.
- Dalej idziemy pieszo. – stwierdził i wysiadł. – Weźmiesz koszyk? – spytał Jongina, zabrał koc i ruszył w górę. – Pospiesz się!
Jongin sięgnął po koszyk do bagażnika, zamknął auto i podbiegł do D.O towarzysząc mu w dalszej drodze. Idąc w ciszy doszli do polany przepełnionej kwiatami, oświetlonej przez promienie słoneczne przedzierające się przez gałęzie drzew. Kyungsoo rozłożył koc na środku, usiadł i poklepał miejsce obok siebie. Jongin uśmiechnął się i usiadł stawiając koszyk obok.
- Pięknie tu… Co to za miejsce? – spytał Kai rozglądając się dookoła. – Jak je znalazłeś? – stanął na zboczu klifu, na którego zboczu znajdowała się polana. Spojrzał w dół, na lekko wzburzone wody oceanu i wziął głęboki oddech, po czym spokojnie wypuścił powietrze przez usta.
- Moja siostra to kiedyś znalazła i mnie tu przyprowadziła mówiąc, że to miejsce jest magiczne, bo pozwala jej uspokoić duszę i umysł wtedy, gdy nie wie co zrobić, a wszystko dookoła komplikuje jej życie. Potem zachorowała i przestała tutaj przychodzić.. Raz, gdy poczuła się lepiej postanowiłem, że przyprowadzę ją tutaj ostatni raz, by raz jeszcze, ten ostatni, poczuła magię tego miejsca. Krótko po tym zmarła…
- Przykro mi… - szepnął Kai – Na co była chora?
- Miała białaczkę… - słysząc tą odpowiedź Jongin doszedł do wniosku, że to jest ten czas. Że jeśli teraz nie spyta, to już nie będzie miał okazji.
- A Ty? – wyszeptał niepewnie. – A na co Ty jesteś chory? – na te słowa D.O zamilkł. Wpatrywał się przez dłuższy czas w Kaia mierząc go wzrokiem. Czyli jednak, Jongin miał rację.
- To gruźlica. – rzucił oschle Kyungsoo. Odszedł na odległość dwóch metrów i wpatrywał się w korony drzew. – Wykryli ją u mnie pół roku temu. Dali mi ok. sześciu miesięcy życia.
Kai nie wiedział co powiedzieć. Poczuł jakby go coś wewnętrznie rozrywało, a jego serce zostało zaatakowane milionem ostrych igieł, które wbijały się w nie niczym strzały w tarczę do celu. Przecież… dopiero go poznał.. Dopiero go pokochał, nawet nie zdążył pokazać mu tego ile dla niego znaczy. A teraz? Teraz ma go stracić?
- Tamtej nocy.. – zaczął Kyungsoo stając obok niego usiadł na zboczu i oparł się na rękach wystawiając twarz do słońca. – Zobaczyłem Cię już obok księgarni i nie wiem dlaczego. Po prostu poczułem tą nieodpartą chęć podążania za Tobą. Szedłem Twoimi śladami, w odpowiedniej odległości. Kiedy już chciałem zrezygnować, bo oddalałeś się coraz bardziej od miejsca mojego zamieszkania, co z moim stanem zdrowia sprawiłoby mi niemały kłopot, zobaczyłem ich. Podszedłem trochę bliżej i ukrywając się słuchałem waszej rozmowy… Kiedy jeden z nich zaczął Cię szarpać i żądać pieniędzy spojrzałem na plik czeków, które miałem w portfelu i… po prostu… jakby jakaś niewidzialna siła wypchnęła mnie zza krzaków.
- Wtedy zobaczyłem Cię po raz pierwszy… - przerwał mu Jongin i usiadł obok niego wpatrując się w czubki swoich butów.
- Wtedy po prostu wyjąłem z kieszeni długopis… Nawet nie mam pojęcia co mnie tamtego wieczoru natchnęło, aby go zabrać z sobą… Wypisałem dwa i wręczyłem im… Patrząc w Twoje oczy po prostu czułem, że muszę to zrobić… - wypowiadając ostatnie zdanie ściszył nieco ton głosu i spojrzał na siedzącego obok niego bruneta.
- Wiesz… - Jongin zerknął na niego, po czym ponownie spuścił wzrok. – Nie miałem udanego dzieciństwa. Moja matka zostawiła mnie i swojego ojca, gdyż uznała, że jest za młoda na prowadzenie rodziny i woli zająć się swoją karierą. Teraz jest wielką  bizneswoman… Nie ważne. Zostałem sam z bratem i ojcem mając dwa lata… Starał się jak mógł, naprawdę… Jednak był głównym tancerzem w teatrze i z każdym kolejnym musicalem wyjeżdżał na długie trasy… Dopóki moja babcia żyła, zostawała ze mną. Potem byłem z wynajętą przez tatę opiekunką. Jednak mając pięć lat dowiedziałem się, że autokar, który wiózł gwiazdy teatru „Mascarade” miał wypadek i wypadł z trasy wpadając do rzeki… Mój tata zginął na miejscu.
Jongin spojrzał w stronę słońca mrużąc oczy oślepianie przez jego promienie. Spojrzał też na wodę, po czym mówił dalej..
- W ciągu dwóch dni straciłem wszystko, zabrali mnie do sierocińca. Tam dzieciaki zawsze brały mnie za dziwoląga… Śmiały się ze mnie, że zamiast grać w piłkę wolę kręcić piruety jak baletnica przed lustrem na korytarzu… Nigdy nikt nie pokazał mi, że mu na mnie zależy. Dla wszystkich byłem kimś nie wartym uwagi. Nigdy nikt nie powiedział mi, że mnie kocha, że mu na mnie zależy. Zawsze byłem sam. Jednak… Poznałem Ciebie. Za co z całego serca dziękuję Bogu, że postawił Cię tamtej nocy na mojej drodze. Zawsze podnosiłem się sam, a czasami nawet nie byłem w stanie. Teraz czuję, że mam wszystko, czego było mi potrzeba..
- Jongin ja… - Kyungsoo chciał coś powiedzieć, jednak Kai przerwał mu kładąc palec wskazujący na ustach D.O. Spojrzał mu w oczy, w których skakały niesforne iskierki. Po chwili zobaczył w nich swoje odbicie. Nie rozumiał tego, co nim kierowało, po prostu robił to, co szeptało mu do ucha serce. Delikatnym ruchem zsunął swój palec z ust Kyungsoo i niepewnie zbliżył się do niego. Ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Czuł jego oddech na swojej skórze,  zapach jego perfum, który mógłby zapamiętać na zawsze i poznać wszędzie.  Zapach przy którym nie umiał się ostatnio skupić i myśleć. Zapragnął, by przestały ich dzielić te centymetry. W tym momencie Kyungsoo pomyślał chyba o tym samym, bo ich usta spotkały się w połowie drogi i delikatnie musnęły o siebie zatapiając ich w delikatnym, jeszcze nieśmiałym pocałunku. Odsunęli się powoli od siebie patrząc sobie w oczy. Kai zawstydził się i spuścił wzrok.
- Wiesz Kai… - D.O odkaszlnął i spojrzał gdzieś w dal, w odległy ocen, gdzie nie było widać drugiego brzegu. - Nie wiedziałem jak mam Ci to powiedzieć, jak znaleźć odpowiedni moment… - Spojrzał na wciąż lekko speszonego chłopaka, który również na niego spojrzał. – Kocham Cię. – szepnął i spuścił wzrok. Czuł, jak jego serce bije z potrojoną siłą.  Jongin już nic nie powiedział, tylko oparł głowę o ramię Kyungsoo i sam się do siebie uśmiechnął. Wyciągnął dłoń i złapał D.O za rękę, splótł ich palce i zamknął oczy.
- Słyszysz? – spytał po chwili wsłuchując się w świergot ptaków wydobywający się spośród koron drzew. – Ten dźwięk zawsze będzie mi o Tobie przypominał… - wyszeptał z uśmiechem. Kyungsoo zerknął na niego i ścisnął mocniej jego dłoń.
- Zostaniesz ze mną? – spytał cicho. – Zostaniesz do samego końca? – Jongin uniósł głowę z ramienia bruneta i spojrzał mu prosto w oczy. Zamrugał powolnie i uśmiechnął się blado.
- Do końca? – spytał. – Do końca i jeszcze dłużej. – dodał po chwili. Wstał i razem poszli zjeść przygotowany w domu przez Kyungsoo obiad.
W drodze powrotnej to Jongin prowadził samochód, a D.O siedział obok z zamkniętymi oczami, uśmiechem na ustach i wystawioną ręką przez okno tak, jakby chciał na siłę schwytać wiatr…

- Masz ochotę na ciasto czekoladowe? – spytał Kyungsoo wchodząc do salonu. Jongin uśmiechnął się i przytaknął radośnie. – A chcesz mi pomóc?
- Pewnie! – roześmiał się i ruszył za przyjacielem do kuchni.  Mleko, cukier, trochę mąki i drożdże - wymieszali to w garnku i patrzyli, jak całość rośnie. W między czasie nie obeszło się bez wojny na jedzenie. Obaj byli upaćkani ciastem, które pokrywało pół kuchni. Jongin zanurzył palec w czekoladowym sosie i z szerokim uśmiechem na twarzy dotknął policzka D.O i przesunął nim po całej jego powierzchni zostawiając długą, czekoladową szramę. Kyungsoo pokręcił z uśmiechem głową i odwdzięczył się tym samym, jednak zanim dopadł Kaia, ten zdążył zrzucić opakowanie z mąką na ziemię. Biały proszek rozprysł się po pomieszczeniu unosząc się w powietrzu i powodując u obojga napad kichania. Roześmiali się i kiedy D.O wstawił placek do piekarnika, Kai zabrał się za sprzątanie mąki. Czekając na wspólnie zrobiony placek poszli do salonu i słuchając muzyki siedzieli na kanapie wpatrując się w siebie, rozmawiając  popijając ciepłe kakao.
- Jongin.. Mogę Cię o coś poprosić? – spytał.
- Proś o co tylko zapragniesz. – uśmiechnął się i odstawił pusty już kubek na stolik.
- Mógłbyś dla mnie zatańczyć? Chciałbym zobaczyć jak to robisz… - szepnął nieśmiało.
- Ale teraz? – spytał. – Hm, no dobrze. Dlaczego nie? – Kai zaśmiał się, wstał z miejsca i podszedł do odtwarzacza, poszukał na płycie odpowiedniej piosenki i przesunął trochę stolik, aby nic nie zrzucić. Po salonie rozległy się delikatne dźwięki ballady, które czule koiły zmysły i pieściły uszy. Spokojne ruchy Kaia były płynne i idealnie wpasowane w muzykę. Każdy następny krok był doskonale dopracowany i wyważony. Zmysłowe ruchy jego ciała pozostawiały w pamięci obserwującego go D.O wspaniałe wspomnienie i powodowały ciepły uśmiech na jego twarzy. Jongin zatrzymał się na chwilę i spojrzał na uśmiechającego się chłopaka. – Chcesz spróbować?
- Ja? – pisnął. – Nie, nie… Nie potrafię. Ty tańcz, ja popatrzę.
- Daj spokój, to będzie proste. – podbiegł do niego, złapał za rękę i wyciągnął na środek pokoju. – No chodź.
Stanęli naprzeciwko siebie, Kai uśmiechnął się do niego i wytarł z jego policzka pozostałość z mąki, którą musiał przeoczyć wycierając się wcześniej.
Złapał jego dłoń i zakręcił go. Stanął za nim i chwycił go za biodra. Kołysał nimi delikatnie w rytm muzyki.
- Widzisz.. Potrafisz… - szepnął mu do ucha. Oparł głowę o jego kark i przytulił się do jego pleców.
- Dziękuję… - wyszeptał D.O gładząc jego ręce opuszkami palców. Z kuchni dobiegło ich dzwonienie zegara, który informował ich, że placek powinien być gotowy. Niechętnie odsunęli się od siebie i poszli do kuchni. Kyungsoo ubrał rękawice kuchenne i wyjął blachę z pieca. Zaróżowiony placek uśmiechał się do nich, jednak żaden z nich już nie miał ochoty jeść.
- Jestem zmęczony… - wyszeptał D.O i z uśmiechem ruszył w stronę schodów.
- Odprowadzę Cię! – rzucił Jongin i pobiegł za nim. Stanęli przed drzwiami pokoju chłopaka i spojrzeli na siebie. – Dobranoc, śpij dobrze. – Kai uśmiechnął się czule do niego i pogładził jego ramię. Kyungsoo uśmiechnął się i przytaknął. Zniknął za drzwiami swojego pokoju zostawiając Jongina samego na korytarzu.
Stojąc przed jego pokojem poczuł, jak coś w środku niego krzyczy, domaga się o swoje. Poczłapał do swojego pokoju i opadł bezwładnie na łóżko. Jeszcze przez chwile wpatrywał się tępo w sufit, jednak wiedział, że dłużej nie będzie w stanie tego dusić w sobie. Zakrył sobie twarz dłońmi, podkurczył nogi pod brodę i leżąc na boku poczuł, jak jego oczy wilgotnieją. Leżąc tak łkał i błagał Boga, by nie zabierał mu tego, co stało się dla niego najcenniejsze. Jego płacz odbijał się głucho od ścian pokoju i wracał do niego powodując kolejną falę histerii, w którą powoli wpadał. Nie miał pojęcia kiedy nadejdzie koniec. Nie chciał, by on nastąpił kiedykolwiek. Chciał stać u jego boku przez całe swoje życie, miał tyle planów, tyle chciał mu pokazać, powiedzieć…
Jego opuchnięte oczy zaczęły stawiać opór i przestały się otwierać wtedy, gdy tego chciał. Piekły go, a on miał wrażenie, jakby były w nich ziarnka piasku, które kuły go niemiłosiernie uniemożliwiając widoczność. Zasnął wykończony własnymi myślami marząc o tym, by obudzić się jutro z przeświadczeniem, że to wszystko było tylko zwykłym koszmarem…
http://www.youtube.com/watch?v=tFznEHAEPCg&feature=youtu.be